Dr Danuta Piekarz

 

Przypowieść o wiecznych marudach

 

„Jezus powiedział do tłumów: Z kim mam porównać to pokolenie? Podobne jest do przebywających na rynku dzieci, które przymawiają swym rówieśnikom: Przygrywaliśmy wam, a nie tańczyliście; biadaliśmy, a wyście nie zawodzili. Przyszedł bowiem Jan: nie jadł ani nie pił, a oni mówią: Zły duch  go opętał. Przyszedł Syn Człowieczy: je i pije. a oni mówią: Oto żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników. A jednak mądrość usprawiedliwiona jest przez swe czyny”.

Pochylimy się dziś nad Jezusową przypowieścią, którą przekazali nam dwaj ewangeliści, św. Mateusz (Mt 11,16-19) i św. Łukasz (Łk 7,31-35). Te dwie wersje różnią się właściwie tylko podsumowującym zdaniem, które jednak, jak zobaczymy, ma podobny sens.

W obu ewangeliach ta przypowieść jest osadzona w tym samym kontekście: do Jezusa przychodzą uczniowie Jana Chrzciciela uwięzionego przez Heroda, by postawić Mu fundamentalne pytanie: „Czy to Ty jesteś Tym, który ma przyjść (czyli oczekiwanym Mesjaszem), czy też innego mamy oczekiwać?” Współczesny czytelnik jest zdumiony tym pytaniem: jak to, jeszcze im mało? Jeszcze można by zrozumieć, gdyby takie pytanie zrodziło się w głowach samych uczniów, ale ewangeliści zaznaczają, że to Jan posłał ich z tym pytaniem. Może chciał, by Jezus jasno opowiedział się wobec jego uczniów, a może… on sam miał wątpliwości? Nawet tej możliwości nie możemy wykluczyć, bo pamiętajmy, jakiego Mesjasza oczekiwano głównie w czasach Jezusa: potężnego Króla, który pokona wrogów Izraela, zaprowadzi porządek i sprawiedliwość. Sam Jan Chrzciciel zapowiadał przecież Mesjasza, który „ma wiejadło w ręku i oczyści swój omłot”. Tymczasem Jezus zdaje się zupełnie nie odpowiadać tym oczekiwaniom! On sam odpowie uczniom Jana, że realizuje inną zapowiedź prorocką: „niewidomi odzyskują wzrok, ubogim głosi się Ewangelię...” Cuda Jezusa są znakami pozwalającymi odczytać, kim On jest – że jest prawdziwym Mesjaszem, choć Jego działalność zdaje się tak bardzo różna od oczekiwań.

Wysłannicy Jana odchodzą, a Jezus zaczyna jakby robić rachunek sumienia swoim słuchaczom z ich postawy wobec Jana Chrzciciela: rachunek sumienia ze zmarnowanej szansy! Zaczyna się on od ostrego pytania: „Coście wyszli oglądać na pustyni?” Oglądać... jakby widowisko teatralne! Przyznam, że czytając te słowa Jezusa, zawsze myślę z lękiem o naszej postawie wobec misji Jana Pawła II: czyż i my nie wychodziliśmy, bo go oglądać, poklaskać, wzruszyć się... zagłaskać spotkanie z Bożym prorokiem.

Jan jest w więzieniu, wkrótce poniesie śmierć, zatem kto nie skorzystał z szansy, jaką była jego misja nad Jordanem, już tej szansy nie odzyska. Jan nie był – powiedzielibyśmy dziś – postacią medialną, gładkim wypudrowanym mówcą, nie był „człowiekiem w miękkie szaty odzianym”, a jednak był „więcej niż prorokiem”, bo to w nim spełniło się proroctwo Malachiasza o posłańcu, który przygotuje drogę na przyjście Pana. Ci, którzy odrzucili Jana, zrobili coś strasznego: „udaremnili zamiar Boży względem siebie”. Ten rachunek sumienia kryje w sobie także wielkie ostrzeżenie: oto słuchaczom grozi zmarnowanie jeszcze większej szansy, odrzucenie jeszcze większego Wysłannika, jakim jest Syn Boży.

Tak oto zaczyna się nasza przypowieść, w której Jezus ukazuje, co myśli o swoich współczesnych. „Podobni są do dzieci przesiadujących na rynku, które głośno przymawiają jedne drugim: Przygrywaliśmy wam, a nie tańczyliście; biadaliśmy, a wyście nie płakali”.

Dziwne słowa, trudne do zrozumienia dla nas, ale zupełnie jasne dla bezpośrednich słuchaczy Jezusa. Widzimy tu rynek, na którym bawią się dzieci, albo raczej... nie bawią się, bo jedna grupa nie przyjmuje zaproszenia do żadnej zabawy. Jakiej? Dzieci próbują odgrywać przejście dwóch orszaków, które stanowią zawsze wielkie wydarzenie w miasteczku: jeden orszak jest radosny – weselny, a drugi żałobny. Dzieci pragnące zabawy proponują rówieśnikom najpierw wesele: przygrywają, ale tamte nie chcą tańczyć. Proponują więc inną zabawę: biadają, ale rówieśnicy nie chcą płakać. Ani na wesoło, ani na smutno... nie ma sposobu, by poruszyć i zainteresować rówieśników.

I oto Jezus przechodzi do sedna: wskaże słuchaczom, do czego był Mu potrzebny obraz dzieci na rynku. „Przyszedł bowiem Jan Chrzciciel: nie jadł chleba i nie pił wina; a wy mówicie: Zły duch go opętał. Przyszedł Syn Człowieczy: je i pije; a wy mówicie: Oto żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników. Jezus i Jan Chrzciciel, każdy na swój sposób pragnęli „zaprosić do zabawy” swoich współczesnych, pragnęli poruszyć nie tyle ich ręce i nogi, co raczej serca, włączyć ich do współpracy ze zbawczym działaniem Boga.

Istnieje też inna ciekawa interpretacja przypowieści, która sugeruje, że dzieci bawią się w pantomimę: w takiej zabawie ten, kto zrozumiał, jaka scena jest odgrywana (w tym przypadku pogrzeb lub wesele), powinien wyrazić swoje zrozumienie, włączając się w scenę odpowiednimi słowami czy gestami (taniec lub lament). Tymczasem współcześni Jezusowi nie potrafią (nie chcą?) odczytać żadnej sceny, a w konsekwencji nie reagują we właściwy sposób.

Jan Chrzciciel prowadził bardzo ascetyczny tryb życia (Mk 1,6 podaje, że żywił się szarańczą i miodem leśnym), co w przypowieści zostaje wyrażone ogólnym zdaniem „nie jadł chleba i nie pił wina”. Taki styl życia miał skłaniać otoczenie do refleksji i nawrócenia, tymczasem został zinterpretowany w sposób niezwykle przewrotny: jako oznaka opętania. Jezus natomiast często przyjmował zaproszenie na posiłek czy ucztę, i to... niekoniecznie w najlepszym towarzystwie, jak choćby przyjaciele dopiero co powołanego celnika Mateusza. I znowu słychać krytyczne głosy: „Żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników”.

A jednak... „a jednak mądrość usprawiedliwiona jest przez swe czyny” – czytamy w zakończeniu Mateuszowym, natomiast św. Łukasz podaje, że „a jednak wszystkie dzieci mądrości przyznały jej słuszność”. Słusznymi czynami mądrości były zarówno ascetyczne praktyki Jana Chrzciciela, jak i otwartość Jezusa na te codzienne wymiary ludzkiego życia, także życia słabych, grzesznych ludzi. Kto jest dzieckiem mądrości, odczyta Bożą logikę w obu tych postawach. Jan Chrzciciel i Jezus, każdy z nich spełnił Boży plan względem siebie, każdy wypełnił odrębną osobistą misję. Bóg się nie powtarza, każdemu wyznacza jego własną drogę, a byłoby przejawem głupoty oczekiwanie, że ludzkie drogi będą się powielać jak w kserokopiarce.

Tak łatwo odrzucić Bożego posłańca pod pretekstem, że nie odpowiada nam jego sposób działania. Niby atakujemy jego, a tak naprawdę bronimy siebie przed głosem sumienia, który wzywa nas do przemiany życia. Łatwiej odrzucić Bożego posłańca, powiedzieć, że jest opętany, albo zadaje się z niewłaściwym towarzystwem, albo nieciekawie mówi... albo jeszcze tysiąc innych pretekstów, jakie wszyscy dobrze znamy. Może warto przytoczyć tu słowa, jakie Bóg skierował niegdyś do proroka Ezechiela: „Synu człowieczy, posyłam cię do synów Izraela, do ludu buntowników, którzy Mi się sprzeciwili (...), abyś im powiedział: Tak mówi Pan Bóg. A oni, czy będą słuchać, czy też zaprzestaną – są bowiem ludem opornym – przecież będą wiedzieli, że prorok jest wśród nich” (Ez 2,3-5).

Ilu proroków posłał Pan do mnie w moim życiu? Jakie wykręty znajduję, by ich nie słuchać? Ja też jestem takim marudnym dzieckiem na rynku. Bóg przemawia do mnie „różnymi melodiami”, by zaprosić mnie do współpracy ze sobą. Obym odpowiedziała na to wołanie, zanim będzie za późno.

Design by Premium templates in association with Free Joomla 2.5 templates