Rozważania na V Niedzielę Wielkanocną - 29.04.2018

 

  Fragment książki Sióstr Karmelitanek Bosych z Zakopanego - "Piękno Karmelu" - wydanej przez Wydawnictwo Karmelitów  Bosych - 2013  

   

DWIE RODZINY

 

 

 Każdy kocha swoją rodzinę. Jest to całkiem zrozumiałe, zamierzone przez Boga i objęte Jego przykazaniem. Do naszych klasztorów wstępują osoby o normalnie rozwiniętych uczuciach (tylko takie przyjmujemy), a więc kochające swoich rodziców i rodzeństwo.

 

  Właśnie z tego względu każda z nas głęboko i boleśnie przeżyła rozłąkę ze swoimi najbliższymi. Nawet jeżeli sytuacja jest tak pomyślna i prawie idealna, że rodzice nie tylko całym sercem zgadzają się na to, że ich dziecko chce się poświęcić Bogu, a nawet z tego powodu są szczęśliwi (a zdarza się to, chociaż coraz rzadziej), nie jest łatwo ich opuścić. Cóż dopiero powiedzieć, jeśli młoda dziewczyna wstępująca do zakonu wcale nie jest rozumiana przez swoją rodzinę? Zarzuca się jej brak serca, czarną niewdzięczność wobec rodziców, od których przecież doznała tak wiele dobra, obojętność na ich los... Każda z nas dobrze zna to wszystko. Każda, póki żyć będzie, pamiętać będzie chwile rozłąki z rodzicami.

 

  Wielka Reformatorka Karmelu tak pisze o tej chwili, którą sama przeżyła: "Żywo stoi mi w pamięci, co się we mnie działo, gdy opuszczałam dom ojca; takiego, prawdę mówiąc doznałam wówczas rozdarcia wewnętrznego, że nie sądzę, by w godzinie śmierci mogło być sroższe. Zdawało mi się, że wszystkie kości rozluźniają się we mnie i ze stawów wychodzą" (Ż 4,1).

 

  Są osoby, które gdy tylko oznajmią bliskim, że Bóg je powołuje do swojej służby, zaczynają doświadczać takiego prześladowania, że bywa ono równe męczeństwu. Gdy się to spokojnie rozważy, trudno to zrozumieć. Ból jest w tych okolicznościach czymś zrozumiałym, ale sprzeciw aż tak wielki i stanowczy, posuwający się tak daleko - jest doprawdy, niełatwy do pojęcia. Można go wytłumaczyć chyba tylko brakiem mocnej wiary i egoistyczna postawą wobec dziecka.

 

  Pomyślmy tylko o takiej sytuacji: córka wychodzi za mąż za Amerykanina, który zabierze ją na drugą półkulę, a rodzicom pozostanie nadzieja, że zobaczą swoje dziecko najwyżej jeszcze kilka razy w życiu. Nie rozpaczają jednak wcale, ale cieszą się, że córka będzie szczęśliwa. Wszak wyszła za mąż, wyjechała do kraju słynącego z dobrobytu i życiowych udogodnień, do kraju bezpiecznego, nie zagrożonego wojną... Popłaczą trochę przy pożegnaniu, ale nie będą mieli do niej żalu. Przeciwnie, będą się cieszyć jej szczęściem. Czy jednak to szczęście jest takie pewne? Czy pieniądze, czy komfort stanowią wszystkie komponenty szczęścia?

 

  Pewna młoda dziewczyna, późniejsza Matka Berchmansa, trapistka, zmarła w Japonii w opinii świętości (jej życiorys napisał Thomas Merton), powiedziała do swojej matki, która płakała podczas rozstania z córką wstępująca do klasztoru: "Jak to mamo, to ty mnie nie kochasz? Ja jestem szczęśliwa, a ty płaczesz? Płaczesz nad moim szczęściem, zamiast cieszyć się ze mną?".

 

  Jeżeli rodzice naprawdę nas kochają, to po kilku wizytach w Karmelu, gdy zobaczą, że córka jest szczęśliwa i czuje, że znalazła się na swoim miejscu, uspokoją się, a nawet będą zadowoleni. Zwłaszcza gdy porównają los swego dziecka z losem innych dziewcząt znajomych czy krewnych, które nie znalazły szczęścia w małżeństwie (a przecież zdarza się to często).

 

  Jednak jaki powinien być stosunek młodej dziewczyny, kandydatki do zakonu, wobec rodziców w tym ważnym i decydującym momencie? Wie, że zawiadamiając ich o swej decyzji wstąpienia do zakonu, zada im wielki ból. Niejedna, widząc wtedy, jak ciężko rodzice przeżywają jej odejście, zapytuje z niepokojem sama siebie: Czy naprawdę mam prawo tak postąpić? Czy to nie jest z mojej strony brak serca? Czy nie powinnam pozostać z rodzicami? Odpowiedź może brzmieć: "tak", jeżeli rodzice nie mają innych dzieci, jeżeli koniecznie potrzebują opieki i zapewnienia środków do utrzymania ze strony tego jedynego dziecka. Lecz jest to jedyny przypadek, kiedy córka ma obowiązek pozostać z rodzicami. W każdym innym wypadku trzeba, żeby dziewczyna pamiętała, iż Bóg ma do niej pierwsze i ważniejsze prawo niż ktokolwiek na świecie, nie wyłączając rodziców. Należy przede wszystkim do Boga, a dopiero potem do rodziców.

 

  Rozpatrzmy taką sytuację: syn jedynak idzie na wojnę, by walczyć o wolność ojczyzny. Ginie, a rodzice zostają sami. Czy miał on prawo poświęcić swoje życie, które było tak potrzebne jego najbliższym? Nikt nie będzie miał wątpliwości co do zasadności jego decyzji, ponieważ powodowała nim pobudka wyższa, szlachetniejsza, a była nią miłość do ojczyzny. Gdyby na wojnę szli tylko mężczyźni, których ewentualna śmierć nikogo nie osieroci - ani rodziców, ani żony czy małych dzieci, to na ilu obrońców mogłaby liczyć ojczyzna? Idąc do zakonu, młoda dziewczyna staje się "żołnierzem" walczącym nie tylko o dobro ojczyzny, ale i całej ludzkości.

 

  Czy rodziców naprawdę spotka krzywda, gdy ich dziecko obiera drogę życia zakonnego? Rozważenie tej sprawy do głębi w świetle wiary prowadzi do wniosku, że to nawet jest dla nich zyskiem. Kto im zabiera córkę? Pan Wszechświata!

 

  Gdyby dziewczyna poślubiła człowieka bogatego, wpływowego, na wysokim stanowisku, czy rodzice obawialiby się wtedy, że im czegoś w życiu zabraknie, przynajmniej od strony materialnej? A jednak ów zięć, jakkolwiek bogaty i mający wysoką pozycję, nie mógłby im zapewnić zdrowia do samej starości, nie potrafiłby odsunąć od nich rozmaitych trudów, czy nieszczęść, w jakie zwykło obfitować życie... Przede wszystkim zaś nie byłby w stanie zapewnić im życia wiecznego, bo i sam umrze. A czy Bóg, który córkę tych rodziców niejako zabiera dla siebie, nie zatroszczyłby się o nich tak, jak tego potrzebują? Bóg miałby być mniej troskliwy i mniej kochający od najlepszego człowieka?

 

  To sprawdza się w życiu. Jakże często nasi rodzice dostrzegają, że im Bóg błogosławi. Zresztą osoba, która opuszcza rodziców, by iść za Bożym wezwaniem, ma pełne prawo domagać się od Niego, by otoczył ich swoją szczególną opieką. Powtarzam, ma do tego prawo. Może z całą słusznością powiedzieć Panu: "Nie dajesz mi możności troszczyć się o tych, którym zawdzięczam życie i wychowanie. Rozumiem więc, że Ty sam bierzesz na siebie troskę o nich. Wierzę, że na pewno będzie im lepiej niż pod moją opieką". Bóg nie zawiedzie takiej ufności, ponieważ ona Go uwielbia. Bóg nie opuści naszych rodziców, owszem odpłaci im za ten ból, który przeżyli. Odpłaci na pewno, często już w tym życiu, a z całą pewnością w wieczności.

 

  Gdyby jednak ktoś powołany uległ namową swoich bliskich lub skłonności swego serca nie mogącego się zdobyć na rozstanie się z rodzicami czy bliskimi i pozostałby w świecie, wówczas nie tylko odmówiłby Bogu daru, który otrzymał i poniósł osobistą szkodę, ale ponadto mógłby "wstrzymać" łaski, które Bóg dla nich przygotował. Dla naszych rodziców wstąpienie do zakonu każdej z nas i wszystkie związane z tym przeżycia są jakąś wielką szansą do złożenia Bogu ofiary, oddania Mu przysługi, a co za tym idzie, możliwością osiągnięcia wyższego stopnia miłości ku Niemu. Oni nam kiedyś w wieczności za tę możliwość podziękują, nawet jeśli nigdy nie uczynią tego za życia.

 

  Ileż jest takich przypadków, kiedy rodzice po wstąpieniu córki czy syna do zakonu radykalnie się zmienili, zbliżyli się do Boga, pogłębili wiarę, zasmakowali w praktykach religijnych, od których przedtem stronili... Nie wszystko w tej dziedzinie da się stwierdzić już tu na ziemi. Dopiero wtedy, gdy znajdziemy się w szczęśliwej wieczności, blisko i na zawsze z Nim, będziemy podziwiać, w jaki sposób Bóg sprawił, że nasza ofiara stała się źródłem łask dla tych, których kochamy.

 

  Kandydatka do życia zakonnego, opuszczając ciepło swego rodzinnego domu, z żalem i poczuciem, że składa ofiarę, nie zdaje sobie sprawy z tego, że Ten, dla którego to czyni, wynagrodzi jej już tu, na ziemi. Owszem, bardzo szybko odda jej to, co ona Mu ofiarowała. Cyż nie powiedział Pan nasz Jezus Chrystus, że "nikt nie opuszcza domu, braci, sióstr, matki, ojca [...] z powodu Mnie i z powodu Ewangelii, żeby nie otrzymał stokroć więcej teraz, w tym czasie: domów, braci, sióstr, matek [...] a życia wiecznego w czasie przyszłym" (Mk 10, 29-30). Znajdzie ona nie mniej kochająca rodzinne w Karmelu.

 

  Wspólnota zakonna jest bowiem rzeczywiście rodziną zebraną w imię Pana.

 

  Święta Teresa, nasza Matka wstąpiła w młodości do klasztoru, w którym żyło razem przeszło sto zakonnic. Życie prawdziwie rodzinne było niemożliwe do zrealizowania w tak dużej grupie, gdzie wszystkie siostry prawie się nie znały. Święta Reformatorka marzyła o czymś innym dla swoich klasztorów. Toteż zakładając je, ustaliła, że w każdym klasztorze nie może być więcej niż dwadzieścia jeden mniszek. Wziąwszy pod uwagę także to, że każda siostra pozostaje do śmierci w klasztorze, do którego wstąpiła, gdzie otrzymała formację zakonną i złożyła śluby, stanie się jasne, jaki między innymi cel przyświecał naszej Świętej. Chciała stworzyć wewnętrznie zharmonizowaną i kochającą się wspólnotę, którą charakteryzować będzie "poczucie ewangelicznej równości, prawdziwa szczerość we wzajemnych stosunkach; wspólne dzielenie radości i bólu w małej rodzinie, z którą siostry wiążą się na całe życie i gdzie wszystkie powinny się miłować, wszystkie wzajemnie szanować i wzajemnie sobie pomagać w atmosferze radości i uprzejmości" (Konst.88).

 

  Cel ten osiągnęła. Pewien kapłan dziwił się bardzo, że osoby, które przez jakiś czas były w Karmelu i z jakichkolwiek powodów musiały go opuścić, nie mogą o nim zapomnieć. Ciągle wracają myślą i sercem do chwil tam spędzonych, i to z - mniejszą czy większą - nostalgią. "Co tworzy urok, który tak wiąże?" - pyta zaintrygowany. I ja zastanawiałam się nad tym, obserwowałam życie w Karmelu i doszłam do przekonania, że jest nim właśnie rodzinna atmosfera panująca w naszych klasztorach.

 

  Miłość w Karmelu jest na pewno inna od miłości naturalnej w rodzinie, jest to bowiem miłość nadprzyrodzona. Ma ona na celu najwyższe dobro każdej siostry, którym jest zjednoczenie z Bogiem. Dlatego jest to miłość mocna i zdrowa, wymagająca i współczująca. I choć niesiemy ją w glinianych naczyniach - słabych i kruchych - to szukamy prawdziwego dobra każdej siostry, starając się dzielić tą miłością na każdym kroku.

 

  Na czele naszej zakonnej rodziny stoi matka przeorysza, wybierana przez wszystkie siostry. Nazywamy ją po prostu "Naszą Matką", co jest chyba najpiękniejszym tytułem, jaki można dać przełożonej. To ona dźwiga na swych ramionach ciężar troski o wszystkie siostry, koordynuje nasze wysiłki dla wspólnego dobra, jest przedstawicielką Boga reprezentującą Jego wolę w stosunku do każdej z nas, jest matką, za której pośrednictwem Bóg okazuje nam swoją miłość. Słuszną jest zatem rzeczą, że matkę przeoryszę obdarzamy zaufaniem, wdzięcznością i wzajemną miłością. Inne funkcje i obowiązki rozdzielone są pomiędzy poszczególne siostry, z których każda troszczy się o jakąś, przydzieloną jej część wspólnego dobra.

 

  Mówią nam czasem niektórzy: "Jak możecie spędzać całe życie z tymi samymi osobami? Ja bym tak nie potrafił!".

 

  A dwoje ludzi, którzy się pobiorą, czy nie spędzają razem całego życia? Pewnie, że nie w tak ścisłym zamknięciu. Przyznaję, że dla niejednej z nas był to przed wstąpieniem pewien problem. Teraz jednak inaczej patrzymy na tę rzeczywistość. Nie odczuwa się w tym względzie pragnienia zmian, jeżeli jesteśmy nastawione na dawanie siebie innym - do końca.

 

  Jak to wygląda w praktyce? Na pewno przyczynia się do tego fakt, że każda pracuje nad sobą i stara się myśleć o tym, żeby innym było z nią dobrze, niż żeby tylko jej było dobrze z siostrami. Lata wytrwałej pracy nad wyrobieniem wewnętrznym we wspólnym życiu oraz w takich dziedzinach, jak wyrzeczenie się siebie, pokora, i - co należy podkreślić - osobista relacja z Bogiem, szlifują stopniowo kanty, którymi mogłoby się ranić bliźnich. Nie chcę przez to powiedzieć, że nigdy nie zdarzają się między nami mniejsze czy większe konflikty i nieporozumienia. Nie jesteśmy aniołami ani świętymi w chwale niebieskiej. Jesteśmy jeszcze w drodze do celu. A nawet między świętymi na ziemi zdarzały się nieporozumienia, jak widzimy na przykładzie św. Piotra i św. Pawła czy bliższych nam w czasie św. Sebastiana Pelczara i bł. Bronisława Markiewicza. Trzymamy się jednak zasady wyrażonej przez św. Pawła w Liście do Efezjan: "Niech słońce nie zachodzi nad waszym gniewem" (Ef 4,26).

 

  Dużą rolę odgrywa w tej materii rzetelne rozeznawanie. Skoro tylko spostrzeże się u postulantki, nowicjuszki czy młodej profeski takie usposobienie, które czyni ją absolutnie niezdolną do życia we wspólnocie lub też stwierdzi się, że wcale nie pracuje nad sobą, odsyła się ją do domu.

 

  Sądzę jednak, że tego zjawiska wspólnotowości nie da się wytłumaczyć wyłącznie czynnikami naturalnymi. Działa tu łaska Boża. Ona to w głównej mierze przyczynia się do stworzenia z grupy osób o tak zróżnicowanych charakterach odmiennych upodobaniach, niejednakowym poziomie wykształcenia i kultury - prawdziwej wspólnoty. W tym kontekście dokument kongregacji ds Instytutów Życia Konsekrowanego mówi: "Wspólnota zakonna jest przede wszystkim tajemnicą, którą należy kontemplować oraz przyjmować wdzięcznym sercem i w jasnej perspektywie wiary" (CNU,12).

 

  W naszym zakonnym chórze jest to Serce, które nas łączy - Eucharystyczne Serce Chrystusa. Wszystko, co mogłoby nas dzielić, harmonizuje się właśnie tutaj, u Jego stóp, w miłości ku Niemu.

 

 

  "Chrystus wzywa każdego dnia swoich braci i siostry, których sam powołał, aby w Eucharystii jednoczyć ich ze sobą i budować jedność między nimi, aby coraz bardziej stawali się Jego żywym i widzialnym Ciałem, ożywianym przez Ducha i zdążającym ku Ojcu" (CNU 12).

 

 

  Głębokie więzi duchowe łączą nas także z Ojcami Karmelitami Bosymi. Stanowimy razem jedną terezjańską rodzinę zakonną, o jednakowym obliczu duchowym, któremu charakterystyczne rysy nadali Św. Teresa od Jezusa i św. Jan od Krzyża, święci doktorzy Kościoła.

 

  Łączność ta przejawia się zarówno na płaszczyźnie duchowej, jak i materialnej. Ojcowie są naszymi spowiednikami, głoszą nam konferencje, wykłady, rekolekcje... Gdy potrzeba, zawsze możemy liczyć na wieloraką pomoc. Zarówno Generał Karmelitów Bosych, jak i ojciec Prowincjał są naszymi przełożonymi, a także prawdziwymi ojcami i opiekunami.

 

  My natomiast towarzyszymy ojcom karmelitom w ich pracach apostolskich naszą modlitwą, obejmujemy nią sprawę powołań, seminarium oraz sprawę misji karmelitańskich w świecie. Każdy z naszych karmelitańskich ojców i braci wie, że gdy przypadnie mu przyjechać do naszego miasta, w którym znajduje się klasztor, znajdzie w nim swój dom i otwarte serca swoich sióstr.

 

 

Design by Premium templates in association with Free Joomla 2.5 templates