Rozważania na Uroczystość Jezusa Chrystusa, Króla wszechświata - 26.11.2017

 

        Fragment książki Sióstr Karmelitanek Bosych z Zakopanego  -   "Piękno Karmelu" -    wydanej  przez  Wydawnictwo      Karmelitów  Bosych - 2013:  

       

   DUCH POKUTY

 

 Życie w naszych klasztorach zostało nastawione na to, by  dopomagać  głównemu zajęciu, jakim jest modlitwa. Związek  modlitwy z omówionymi  w poprzednim rozdziale środkami,  którymi  są odosobnienie od świata,  samotność i milczenie,  wydaje się na  pierwszy rzut oka bardziej  oczywisty niż z dwoma  innymi, o których  chcę obecnie mówić, a  mianowicie pracą i  umartwieniem. Jednak  i one wywierają wielki wpływ na  modlitwę, zwłaszcza na modlitwę  pojętą szerzej jako "życie  modlitwy".  

 

     UMARTWIENIE

 Oto drugie słowo, nad którym się zatrzymamy, słowo, w przeciwieństwie do poprzedniego - bardzo dziś niepopularne. Ludzie żyjący w świecie prawie go nie używają. Uważają, że pojęcie to należy bez reszty do słownika zakonnego, a nawet stanowi swoisty anachronizm. W świadomości dzisiejszego człowieka kojarzy się z jakimś bezsensownym samoudręczeniem albo zadręczaniem drugich. Umartwieniami albo jakimiś dziwacznymi "próbami", rzekomo stosowanymi w zakonach wobec nowicjuszy i nowicjuszek, straszy się często osoby, które ujawniają chęć do życia zakonnego.

 Co do tych "prób", którymi jakoby poddawane są kandydatki w celu wybadaniach ich posłuszeństwa, pokory i innych zalet, trzeba powiedzieć, że życie codzienne - także życie w klauzurze - obfituje w wystarczającą ilość naturalnych, spontanicznych sytuacji, w których te cechy lub ich brak przejawiają się u młodej dziewczyny Nie ma zatem potrzeby stwarzania sztucznie drastycznych sytuacji jako specjalnych testów. W dodatku nie tylko same kandydatki, ale także my, ich wychowawczynie i przełożone, odczuwamy niechęć, ponieważ my również jesteśmy dziećmi naszego stulecia. Umartwienia oczywiście są. Muszą być, bo przecież życie zakonne jest ustawicznym samowychowaniem. A jak można wychować kogoś, niczego mu nie odmawiając i pozwalając na wszystko? Podobnie przebiega proces wychowania samego siebie. Mówi o tym Ojciec Święty Jan Paweł II w posynodalnej adhortacji o życiu zakonnym: "Asceza - przez to, że pomaga opanować i korygować skłonności natury ludzkiej zranionej przez grzech - jest niezbędnie potrzebna osobie konsekrowanej, aby mogła ona dochować wierności swemu powołaniu i iść za Jezusem drogą Krzyża" (VC,38).

 Po drugie życie zakonne jest życiem ofiary, właśnie tym "kroczeniem za Jezusem drogą Krzyża". Jest ono naśladowaniem Chrystusa, a wiemy, że On w życiu ziemskim wszystkiego sobie odmawiał. Teraz pragnie w osobach, które wybrał, przedłużać niejako swoją ofiarę za ludzkość. Wszak już św. Paweł pisze: ze swej strony dopełniam braki udręk Chrystusa w moim ciele dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół" (Kol 1,24).

 Umartwienie czy - jak je może trafniej nazwiemy - dobrowolne ofiary są ponadto potrzebą gorącego serca, wyrazem miłości. Z chwilą, gdy nowicjuszka to zrozumie, przychodzi do mistrzyni i sama prosi, by jej wolno było podjąć jakieś umartwienie. Miłość, jakiej w sercu doświadcza, domaga się swoistego wyrazu, dopomina się o prawo do złożenia daru. Gdy się kocha człowieka, chce się zrobić - i robi się- dla niego coś, co jest trudne, co kosztuje, żeby okazać swoją miłość dla niego. I jest się szczęśliwym, gdy taki trud się podejmie. Postawa ludzkiego serca wobec Boga jest taka sama. Jemu też chce się okazywać miłość poprzez pozytywną rezygnację z siebie lub z tego, co własne. Ofiara jest więc wyrazem miłości, stanowi warunek jej rozwoju, paliwo które ją zasila i zwiększa jej żar. Taki jest najgłębszy sens zakonnych umartwień.

 Jednak ten, kogo by umartwienia zewnętrzne przerażały i wstrzymywały od pójścia za głosem powołania, jaki w sercu słyszy, niech zda sobie sprawę z tego, że każdy, kto żyje pośród świata, również będzie miał mnóstwo umartwień, niekiedy cięższych do zniesienia niż zakonne, bo niechciane i niespodziewane. Ktoś taki nie nazwie ich wprawdzie umartwieniami, lecz kłopotami, zmartwieniami, złymi warunkami mieszkaniowymi, koszmarnymi warunkami pracy, złośliwością ludzką, zawodem, który sprawili mu przyjaciele...I słusznie, że nie określi tego jako umartwienia. Umartwienie jest bowiem przykrością, cierpieniem lub niedogodnością, które sobie sami dobrowolnie wybieramy pobudzani pragnieniem miłości. Różnica pomiędzy ludźmi, którzy odrzucają umartwienie, a tymi, którzy je wybierają, polega na tym, że pierwsi znoszą wiele utrapień i przykrości, choć tego nie chcą, owszem, nawet starają się ich za wszelką cenę uniknąć; drudzy natomiast z góry i dobrowolnie włączyli je do programu swego życia, pragnąc z nich złożyć dar miłości Bogu dla dobra swego i całej ludzkości.

 Opowiadano mi kiedyś o pewnej kobiecie, która jako młoda dziewczyna zgłaszała się do Zgromadzenia Sióstr Felicjanek. Odstraszyła ją od tego kroku informacja, że siostry wstają o godzinie 5 rano. Wyszła za mąż. Odtąd wstaje ona wcześniej, ponieważ jej mąż chodzi co dzień do pracy właśnie na tą godzinę, a ona przygotowuje mu śniadanie.

 Zadano mi kiedyś takie pytanie: "Czy zamiast wyrzec się spożycia pięknego jabłka, nie byłoby doskonalej zjeść je dla Boga i chwalić Go za to, że stworzył taki wspaniały owoc". Odpowiedziałam: "Oczywiście. Lecz zanim ktoś będzie zdolny spożyć owoc naprawdę na chwałę Bożą, musi przedtem wielokrotnie się go wyrzec".

 Tu właśnie dotykamy kwestii umartwienia jako środka doskonalenia się wewnętrznego, jako narzędzia służącego samowychowaniu. Człowiek jeszcze nieoczyszczony z egoizmu, ze skłonności do dogadzania sobie, może nieskończoną ilość razy powtarzać w duchu, że on to jabłko je tylko na chwałę Bożą; mimo to zawsze spożywa je dla dogodzenia sobie. Swego wnętrza nie zmieni wyłącznie intelektualnym wzbudzaniem intencji, bo my zmieniamy się przede wszystkim przez doświadczenie, choć intencja jest też ważna i wystarczy wówczas, gdy faktycznie wyrzeczenie jest niemożliwe lub niewskazane.

 Przytoczę tu fragment wypowiedzi naszego ojca generała Saverio Cannistra, który w bardzo jasny sposób przybliża nam kwestię, która dotyczy nie tylko umartwienia,ale też innych wymiarów naszego człowieczeństwa:

 

 "Istnieje wiele rodzajów iluzji, u ich podstaw zawsze leży jakieś złudzenie, którego przedmiotem jestem ja sam. Możemy powiedzieć, że zawsze próbujemy projektować na rzeczywistość nasze własne doświadczenia. Gdy ulegamy złudzeniu, postrzegamy rzeczy inaczej, niż są nimi w istocie. Czasami nadajemy rzeczywistości jakieś przesadne znaczenie albą ją idealizujemy, nie doceniając jej albo nią pogardzając. A często siebie, po prostu, stawiamy na miejscu Boga, na miejscu brata, na miejscu innego. To bardzo trudne, by mieć otwarte spojrzenie na rzeczywistość,która nas otacza. Tak naprawdę nigdy nie dotykamy rzeczywistości dziewiczym spojrzeniem - jest to owoc grzechu pierworodnego. Zatraciliśmy pierwotną niewinność, nie można się uwolnić od uwarunkowań i skrzywień naszego postrzegania.

 Jedyny sposób, jedyna droga prowadzi przez doświadczenie. Nie można zmienić swojego sposobu bycia jedynie przez zmianę idei, koncepcji, pojęć intelektualnych. Niestety, nie jesteśmy zbyt przygotowani, wychowani do tego, by opracować czy przemyśleć nasze doświadczenia. Potrafimy powtórzyć sto razy to samo doświadczenie, przejść przez nie, a nie nauczyć się niczego, bo zawsze przypisujemy problemy i błędy rzeczywistości zewnętrznej, bez zadawania sobie pytania, czy to nie my powinniśmy się zmienić. Nie chcę powiedzieć, że tylko doświadczenia negatywne uwalniają nas od złudzeń. Jest tam również miejsce na doświadczenia pozytywne, np. w takiej mierze, w jakiej osoby, które naprawdę nas kochają, pomagają nam wyjść ze złudzeń.

 Sami możemy doświadczyć, że w relacji z osobą słabą, ubogą, potrzebująca pomocy, odkrywamy braki w nas samych. Z pewnością takie doświadczenie kryzysu wskazuje na to, że potrzebujemy jakiejś zmiany, że coś w nas znalazło się w punkcie krytycznym.[...] Osoba musi być wychowana, formowana do tego, by wykorzystać te doświadczenia, zwłaszcza gdy chodzi o te negatywne. Dzisiaj kryzys kojarzy się jednoznacznie z błędem, więc należy od niego uciekać. A przecież zarówno życie ludzkie, jak i duchowe wzrastają poprzez kryzysy. Należy nauczyć się przechodzenia przez nie w sposób pozytywny, twórczy, bez ulegania zniecierpliwieniu i bez pozostawania w tyle, bez stosowania uników. To znaczy, że trzeba mieć wobec kryzysu pozytywne nastawienie, stawić mu czoła i właściwie zinterpretować. Dzięki temu człowiek jest w stanie przejść przez kryzys, bez tego naprawdę nie ma wzrostu, który nadałby osobie jakąś solidną konsystencję".

 

 W konkluzji tej wypowiedzi możemy jednoznacznie stwierdzić, ze umartwienie jest środkiem niezastąpionym do wewnętrznego oczyszczenia z egoizmu, samolubstwa, skoncentrowania się na sobie... Przez uwolnienie się zaś od tych postaw przygotowujemy miejsce doskonałej miłości.

 Celem umartwienia jest miłość. Ma ono nie tyle cel negatywny, co właśnie pozytywny. Ma nas ubogacić w to, co istotne, co najcenniejsze, nie zaś odebrać nam jakiekolwiek prawdziwe wartości. Jeżeli zaś odbiera nam wartość niższą, mniejszą, to jedynie dlatego, żeby ofiarować o wiele cenniejszą. Nie należy więc patrzeć na ascezę jak na jakieś bezduszne ćwiczenie, ale jak na wybór czegoś wartościowego, co jest warte wyboru. Jest to więc wybór rozumny, co więcej - wybór bohaterski. Wybór podyktowany miłością.

 

 Czy nie musi "umartwiać się" matka, która wychowuje dziecko? Ilu rzeczy potrafi sobie odmówić, na jaki trud i zmęczenie się naraża! Jednak nigdy nie nazwie tego umartwieniem, lecz miłością ku dziecku. Toteż miłość i tylko miłość tłumaczy, i to bez reszty, sens umartwień zakonnych.

    

Design by Premium templates in association with Free Joomla 2.5 templates