Jeden dzień

 Jest piąta rano, na dworze jeszcze całkiem ciemno, ale budzik terkocze, jak oszalały. No dobra, dobra, już wstaję. Ależ trudno się podnieść. Baaczność! Do pionu! I przed obrazem Matki Bożej „Pod Twoją obronę…”. Wyciągam z lodówki kilka kromek chleba i sera żółtego – dziś środa, post karmelitański – to wszystko do woreczka i do torby. Aha, jeszcze Ani wyciągnąć obwarzanka, jogurt i batonik z lodówki. Teraz dopiero szybkie mycie, ubranie się i podmalowanie, żeby wyglądać jak człowiek.

Ależ mi się nic nie chce! Zaczynam się użalać, a tego mi nie wolno, więc szybko przywołuję się do porządku. Czas biegnie, trzeba i mnie lecieć, gdyż już późno. Nie ma innego wyjścia. Kurtka, torba, czapka i na przystanek. Aha, jeszcze śmieci do kosza. 

 Jadę do pracy. Znów to samo; trzeba się przebrać w ubranie robocze, zaparzyć kawę, podpisać listę obecności… zajrzeć na „przegląd” czy są już auta do posprzątania, umycia, czy będą dopiero potem. Jeszcze nie ma, mam więc chwilę dla siebie. Odmawiam Jutrznię, czytam Pismo Święte, zostaje mi w pamięci jedno zdanie i z nim wyruszam do obowiązku. Właśnie podjechał bus. Z sercem u stóp mojego Pana wykonuję te zwyczajne, trudne, chyba nawet nie lubiane przeze mnie czynności. Jednakże mam wątpliwość, czy jest to modlitwa wewnętrzna?

 Dzisiaj pracuje się trochę swobodniej, bo kierownika nie ma. W pracy spokój i pokój. Niedawno zmarł na zawał serca pracownik z warsztatu, miał 40 lat. Byliśmy na pogrzebie. Od tego czasu jesteśmy w pracy chyba lepsi dla siebie. A może mi się tylko tak zdaje? Jednak nie, to nie złudzenie, ostatnio jakbyśmy się bardziej zbliżyli do siebie. Jakieś lody puściły między ludźmi. Tylko, czy trzeba było aż śmierci kolegi? Widocznie tak.

 Zaraz koniec pracy, jakżeż na tym rozmyślaniu czas szybko minął. Nawet zmęczenia nie czuję. Pójdę pod prysznic i jadę do koleżanki oddać 100 zł, potem do MOPS-u prosić o jakieś wsparcie. Znów brakło pieniędzy, od następnego tygodnia już nie będę miała na życie, a idą Święta. Czynszu nie płacę od kilku miesięcy. Z niecierpliwością oczekuję zwrotu z Urzędu Skarbowego, który wyrówna brak.

 Uf! Nareszcie koniec dniówki, wychodzę. Jeszcze zakupy, potem po Anię do szkoły i do domu. Zrobić obiad i lekcje z córką i może jeszcze sił wystarczy na zrobienie prania. Po południu zatrzymuję się na chwilę, odmawiam Nieszpory. Potem przygotowuję rzeczy do ubrania dla siebie i Ani, na dobranoc czytam jej bajkę i po 20-tej kładę się spać. Jeszcze „Ojcze nasz” na dobranoc i leżąc porozmawiam trochę z Bogiem.

 

Środa, Grażyna

 

 

Design by Premium templates in association with Free Joomla 2.5 templates