Wojciech Ciak OCD

Kto umie dać szacha, ten da i mata,

czyli rzecz o pokorze

według św. Teresy od Jezusa

Podejmujemy zagadnienie pokory w kontekście modlitwy myślnej jako jednej z trzech postaw, które modlitwę warunkują (D 4,4). Możemy zarazem od początku stwierdzić, że pokora jest związana z modlitwą i pogłębia się wraz z jej rozwojem. Co to znaczy, że pokora powiązana jest z prawdą w naszym życiu? Jakie starania należy podjąć, aby wzrastać w tej cnocie? Aby uzyskać nieco światła, skupimy się przeto na Drodze doskonałości 12-22. Znajdziemy tu bezcenne wskazówki, w jaki sposób pokory można się uczyć i w czym ona się przejawia oraz co znaczy pokora jako chodzenie w prawdzie.

Najpierw jednak odwołamy się tekstu, w którym św. Teresa od Jezusa mówi o pokorze jako chodzeniu w prawdzie, a mówi o tym w opisie jej osobistego doświadczenia mistycznego pokory w Twierdzy wewnętrznej: „Zdarza się również, że Bóg nagle i w sposób trudny do opisania objawi duszy w samym sobie jaką prawdę, takim blaskiem jaśniejącą, że wobec niego gaśnie niejako wszystko, cokolwiek jest prawdy w stworzeniach. I w świetle tego objawienia dusza poznaje jakby dotykalnie, że On sam jest Prawdą i kłamać nie może. Nigdy jeszcze, choć może po tysiąc razy przedtem je słyszała, nie rozumiała tak jasno tych słów psalmu Dawidowego, że „każdy człowiek jest kłamcą”, bo jeden tylko jest prawdziwy i nieomylny - Bóg. Przychodzi mi tu na myśl Piłat, który z takim lekceważeniem traktował rzecz tak wielką, gdy Panu w czasie Męki Jego tak mimochodem i z pogardą zadał pytanie: cóż to jest prawda? Ale jak ten ślepy poganin, tak podobno i my wszyscy, póki żyjemy na tej ziemi, mało co wiemy o tej Prawdzie Najwyższej. (…) Zastanawiałam się któregoś dnia nad pytaniem, dlaczego Pan tak bardzo kocha cnotę pokory, i nagle - bez własnego, jak mnie się zdaje, namysłu mego - stanęła mi przed oczyma ta racja, że Bóg jest Prawdą najwyższą, a pokora niczym innym nie jest, jeno chodzeniem w prawdzie. Nie ma zaś prawdy większej nad tę, że sami z siebie nic nie mamy dobrego, że nasza jest tylko nędza i nicość. Kto tego nie rozumie, ten chodzi w kłamstwie. Im zaś kto szczerzej uznaje tę prawdę, tym przyjemniejszy staje się Prawdzie najwyższej, bo sam chodzi w prawdzie” (T VI 10, 2.7). Ten cytat dobrze wprowadza w nasz temat. Jak jednak dochodzi się do pokory, czyli do prawdy?

Uczenie się o sobie w kontekście wspólnoty

Chcąc uczyć się o sobie samym w kontekście wspólnoty należy najpierw wspomnieć o buen entendimiento i mal entendimiento. Co znaczy buen entendimiento? Jest to umysł nastawiony na dobro: „Umysł prawy, zdrowo sądzący o rzeczach, skoro przebudzi się w nim skłonność ku temu, co jest dobre, mocno się przywiąże do niego, bo widzi, że to jest rzecz lepsza i bezpieczniejsza, i chociażby duchowo nie postąpił bardzo wysoko, w wielu razach będzie pożyteczny dobrą radą, nikomu nie będzie ciężarem, owszem, każdy w towarzystwie jego znajdzie przyjemność”(D 14,2). A dalej uzupełnienie: „…są inni, których mowa bywa krótka i niezbyt wytworna, ale rozum i pojęcie mają szerokie. Są wreszcie dusze o świętej prostocie, które mało co znają się na sprawach i obyczajach świata, ale za to wysoką mają umiejętność obcowania z Bogiem” (tamże).

Co natomiast znaczy mal entendimiento? Odpowiedź jest opisowa i zilustrowana charakterystycznymi postawami u osób o takim umyśle: „…jeśli dana osoba ma zdrowy rozsądek; ale w przeciwnym razie (czyli gdy nie ma buen entendimiento), żadną miarą nie należy jej przyjmować, bo ani wstępując nie będzie rozumiała niskości pobudki swojej, ani też potem nie zrozumie nauk i przestróg jej dawanych dla jej sprostowania. Najczęściej bowiem takie osoby, niedomagające pod względem rozsądku, przekonane są, że lepiej wiedzą niż najmędrsi, czego im potrzeba. Jest to wada, zdaniem moim, nieuleczalna, bo rzadko się zdarza, by jej nie towarzyszyła pewna doza złej woli” (D 14,1). A te swoje uwagi uzupełnia jeszcze dodatkowo: „Ten brak rozsądku nie zawsze bywa od razu widoczny; są tacy, którzy mówią dobrze, a pojmują źle” (D 14,2).

Święta, jako wytrawna formatorka, zdaje sobie sprawę, że najważniejszym kryterium w przyjmowaniu kandydatek do życia wspólnotowego jest rozpoznanie, na ile każda z nich ma buen czy mal entendimiento. Osobnym problemem pozostaje kwestia przyczyn, dla których dana osoba posiada buen, czy mal. Święta nie zakłada czegoś dziedzicznego, ale zarazem nie za bardzo jest przekonana, że dana osoba o mal entendimiento będzie w stanie z takiego podejścia do życia się uwolnić. A trzeba też liczyć się z tym, że nawet ta, u której można niejako doświadczalnie stwierdzić, że kieruje się buen entendimiento, może w przyszłości się zmienić. Czyli nie ma sytuacji raz na zawsze określonej za życia. Oznacza to, że siostry o buen entendimiento muszą czuwać i uczyć się wciąż od życia.

   Należy zachować czujność i nie można się dać zwieść swoim roszczeniom czy to z racji wieku, czy to z przyjęcia mentalności, która utrzymuje, że coś mi się należy, mam do tego prawo. Dlatego Teresa zachęca, aby uważnie śledzić swoje wewnętrzne poruszenia: „Nad wszelkimi poruszeniami wewnętrznymi bacznie czuwajmy, szczególnie jeśli one się obracają około jakiegoś wywyższenia siebie. Niech nas Pan, przez zasługi Męki swojej, raczy obronić od tego, byśmy kiedy świadomie i rozmyślnie mówiły sobie, w sercu czy usty: ja mam więcej lat powołania, jestem starsza, więcej pracowałam, tę lub ową więcej szanują niż mnie. Takie pierwsze poruszenia potrzeba nam natychmiast w sobie stłumić; bo gdybyśmy się przy nich zatrzymały, albo przed drugimi z takimi rzeczami się odzywały, istną siałybyśmy zarazę i stałybyśmy się przyczyną wielkich spustoszeń” (D 12,4).

Jak zaradzić tym poruszeniom? Najpierw jednak należy zmierzyć się ze sobą, czy powstają w nas takie poruszenia: „Niech każda patrzy, ile ma pokory, a zobaczy jak daleko postąpiła w doskonałości. Najmocniej o tym jestem przekonana, że duszy prawdziwie pokornej szatan nie odważy się kusić ani nawet pierwszym poruszeniem próżności i wynoszenia się nad drugich, bo będąc sprytny boi się klęski. Niepodobna bowiem, by dusza pokorna nie utwierdziła się przez takie nagabywanie jeszcze mocniej w pokorze i nie postąpiła wyżej w tej cnocie. Stawi sobie bowiem wówczas przed oczy grzechy swoje, przypomni, jak źle się odwdzięczyła Panu za to, co Jemu jest winna i jak głęboko On poniżył wielmożność swoją, aby jej dał przykład pokory, i gdzie byłoby jej miejsce na wieki, gdyby Pan ją ukarał, jak na to zasłużyła. I przez te myśli tyle zyskuje korzyści, że diabeł, nie czekając, ucieknie i już nie wróci, by łba sobie nie rozbić” (D 12,6).

Jeśli taka pokusa ma miejsce, to Święta próbuje podpowiadać: „Radzę wam, siostry, gdy przyjdzie wam taka pokusa - jeśli chcecie skutecznie ją zdeptać i diabła odpędzić - nie poprzestawajcie na wewnętrznym tylko zwycięstwie, ale jawnym upokorzeniem siostrom wszystkim obróćcie je na pożytek i zbudowanie. Wyznajcie przed przełożoną pokusę, proście ją o wyznaczenie wam niskiego zajęcia, o zadanie wam publicznej pokuty, jak to u nas jest w zwyczaju, i wszelkimi, jakimi zdołacie sposobami, których Pan wam nastręczyć nie omieszka, starajcie się w tym punkcie ugiąć i złamać skłonność przyrodzoną. Z takim spotkawszy się przyjęciem, zapewniam was, pokusa długo u was nie zabawi” (D 12,7).

Zaleca również, aby nie przyjmować osób, które kierują się swoim honorem, gdyż one mogą również stanowić rodzaj kuszenia: „Nie daj Boże, by miały kiedy w tym domu znaleźć się takie dusze, rzekomo Jemu służyć chcące, a przy tym odznaczenia i wyższości dla siebie pragnące. Zły takie robią interes, bo - jak mówiłam - kto ubiega się za czcią, traci ją, zwłaszcza gdy chodzi o przełożeństwa zakonne. Nie ma bowiem trucizny, która by tak zabójczo działała na ciało, jak ten jad pychy na postęp w doskonałości” (tamże).

Można dać się zwieść pewnemu postulatowi, skądinąd słusznemu, który zawarty byłby w twierdzeniu: „pragnę podjąć życie zakonne czy chrześcijańskie, ale muszę mieć ku temu odpowiednie racje i muszę mieć ku temu odpowiednie warunki, które inni powinni mi stworzyć, zapewnić (por. D 13). Odnośnie oczekiwania na racje dla życia chrześcijańskiego, a w szczególe dla zakonnego i wspólnotowego, gdzie rzeczą nie do uniknięcia jest tajemnica krzyża, Święta pisze: „Często wam to już mówiłam, siostry, i teraz tu dla pamięci zapisuję, by od tego domu i od każdej duszy dążącej do doskonałości dalekie były takie myśli i wyrażenia, jak: miałam rację, postąpiono ze mną bez racji, nie miała racji ta siostra... Od takich złych racji broń nas Panie Boże! Jak się wam zdaje, czy była słuszna racja w tych mękach, jakie zadano najwyższemu Dobru naszemu, Chrystusowi Panu, w tych obelgach i krzywdach, jakie Mu wyrządzano? Jeśli która nie chce nosić krzyża, póki jej pewnymi racjami nie przekonają, nie wiem, po co przyszła do klasztoru; niech sobie wraca na świat, gdzie może zachowają w stosunku do niej te względy, których żąda, choć wątpię. Czyż może być cierpienie tak wielkie, byś nie zasługiwała na jeszcze większe? Jaką więc możesz mieć rację skarżyć się? Wyznaję, że nie rozumiem tego” (D 13,1).

Czy to więc dla chrześcijanina żyjącego w świecie czy w zakonie, nie jest szukanie racji i warunków, aby zostały spełnione, ale podjęcie się zaangażowania z determinacją w życie wspólnoty, czy w daną duchowość. Dlatego nie bez przypadku św. Teresa poleca postawę Maryi, owszem obdarowanej, ale też wymagającej zaangażowania i to bardzo trudnego, wręcz ryzykownego: „Starajmy się, córki moje, choć w maluczkiej jakiej cząsteczce stać się podobne w pokorze tej Pannie Najświętszej, której szatę nosimy; inaczej ta nazwa zakonnic Jej, którą się szczycimy, byłaby nam tylko na zawstydzenie. Choćbyśmy nie wiem jak się upokarzały, zawsze będziemy daleko od tego, by być godnymi córkami takiej Matki i oblubienicami takiego Oblubieńca” (D 13,3).

I nie należy mylić postawy smakosza czy estety, który próbuje i smakuje różne duchowości, różne formy życia. Podejmując się zaangażowania w konkretną duchowość czy życie zakonne warto zdać sobie sprawę, że dana wspólnota czy dana duchowość jest na zasadzie sanatorium. Każdy z nas jest chory i powinniśmy szukać danej rodziny zakonnej czy duchowości pod kątem naszej choroby, a nie naszego smakoszostwa czy tzw. estetyki duchowej: „Dom ten prawdziwie jest rajem, o ile może być raj na ziemi, ale dla tych, które zadowolenie swoje na tym zakładają, by Bóg z nich był zadowolony; takim życie tu dziwnie słodko upływa. Ale która by innej szukała pociechy, ta wszystko straci, bo tego, czego szuka, żadną miarą tu nie znajdzie. Taka dusza niezadowolona podobna jest do człowieka chorego na ciężką niestrawność: wszelkie jedzenie, choćby najlepsze, nudność mu sprawia i kiedy zdrowi pożywają je z wielkim smakiem, on ze wstrętem od niego się odwraca, bo mu niestrawność smak i apetyt odbiera. W innym miejscu czy klasztorze mniej ścisłym, łatwiej może ta dusza dojdzie do zbawienia, może nawet stopniowo osiągnie to doskonałe wyrzeczenie się siebie, którego tu nie znosi, bo jest wymagane od razu” (D 13,7).

Lek na poczucie winy

Nie muszę się usprawiedliwiać z bycia zakonnikiem czy chrześcijaninem. Nie chodzi o to, aby wpadać w obsesyjne przeświadczenie o prześladowaniu Kościoła. Jednak należy stwierdzić, że Kościół w wymiarze świata jest oskarżany, a wraz z nim życie wspólnot i życie poszczególnych chrześcijan.

Jaką w tej sytuacji należy zachować postawę? „Nigdy mi nie brak przyczyn na wmówienie w siebie, że w danym razie rzecz lepsza i doskonalsza uniewinnić się. Wiem, że w pewnych wypadkach tłumaczenie się jest rzeczą dozwoloną, że nawet byłoby źle zaniechać go, ale przez brak rozsądku - czy raczej przez brak pokory - nigdy nie umiem poznać, czy w danym razie zachodzi taki wypadek, czy nie. Wielki to istotnie dowód pokory widzieć siebie obwinianym i potępianym bez winy, a milczeć. Piękne to naśladowanie Boskiego Baranka, który zdjął z nas wszystkie winy nasze. Bardzo pragnęłabym zachęcić was do najusilniejszego ćwiczenia się w tej cnocie; korzyści z niej wynikające są ogromne, a przeciwnie, z tłumaczenia się i zrzucania winy z siebie nie widzę żadnej a żadnej, wyjąwszy tylko rzadkie wypadki, kiedy zamilczenie prawdy mogłoby komu sprawić przykrość albo dać zgorszenie. Kto lepszy ma rozsądek ode mnie, ten łatwo wyrozumie, kiedy zachodzą takie wypadki” (D 15,1).

Czy należy się usprawiedliwiać wobec świata, że jest się w Kościele, że jest się wierzącym? Wymaga to pewnego rozeznania, ale ważne są przedtem dwie inne rzeczy. Po pierwsze, należy najpierw zabiegać o pokorę: „Wiele, zdaniem moim, na tym zależy, byśmy się zaprawiały do tej cnoty, czyli innymi słowy, byśmy się starały otrzymać od Pana cnotę prawdziwej pokory, bo z pokory ta cnota wynikać powinna. Człowiek bowiem prawdziwie pokorny powinien szczerze pragnąć tego, by był za nic miany, by chociaż niewinny był prześladowany i potępiany, choćby w rzeczach ważnych. Skoro ma wolę i postanowienie naśladować Pana, w czymże lepiej i łatwiej, niż w tym, może Go naśladować? Nie potrzeba mu do tego sił fizycznych, nie potrzeba mu pomocy od nikogo, jeno od Boga” (D 15,2).

Po drugie, powinno się nabyć przekonania, że dobro zostaje i Pan stanie w obronie tego, co dobre i tych, co rzeczywiście czynią dobro: „Nie sądźcie, by cokolwiek uczynicie dobrego lub złego, mogło, mimo zamknięcia, w jakim tu żyjecie, pozostać w ukryciu. I czy sądzicie, córki, że choć się same nie będziecie usprawiedliwiały, nie będzie miał was kto bronić? Wspomnijcie, jak Chrystus Pan ujął się za Magdaleną, gdy na nią skarżyła się Marta, albo gdy faryzeusz w duchu ją potępiał. (…)Boska dobroć Jego wzbudzi wam obrońców, gdy tego będzie potrzeba. Wiem o tym z własnego wielokrotnego doświadczenia. Chociaż wolałabym, byście w czasie próby o tym nie myślały, ale tylko radość miały z tego, że was niesłusznie obwiniają, i gotowe były pozostać nie usprawiedliwione pod rzuconym na was fałszywym oskarżeniem. Z czasem, upewniam was, same na sobie doznacie, jakie niewypowiedziane korzyści dusza tą drogą odnosi. Zyskuje się przede wszystkim tę świętą swobodę ducha, że już takiej wszystko jedno, co kto o niej mówi, dobrze czy źle, i tak się o to nie troszczy, jak gdyby mówiono o kim innym” (D 15,7) Poza tym, jeśli to, co się czyni oparte jest na prawdzie, czyli na pokorze, to warto przytoczyć myśl Świętej wyrażoną w jednym z listów do swoich sióstr: „Prawda cierpi, ale nie ginie” (L 294,19).

Dla trwania w pokorze ważne jest milczenie (por. D 15). Ważne jest zachowanie milczenia z pewną dozą melancholii. Pięknie ujął to Stanisław Grygiel w słowach: „Widnokrąg myśli człowieka zaokrąglony jest milczeniem i melancholią”( Stanisław Grygiel, Jestem, więc modlę się, Poznań 2012). Melancholia różni się od smutku. Smutek przenika człowieka nieobecnego dla innych i dla którego inni są także nieobecni. Smutek przenika ludzi samotnych, których nie przemienia obecność innych osób. W melancholii natomiast dochodzą do głosu rzeczy niedocieczone na ziemi, do których człowiek należy i do których pragnie powrócić. Ona otwiera w człowieku przestrzeń trudnej, bo paschalnej radości, gdzie na „głos” z niedostępnej dali osoba ludzka odpowiada szeptem: Fiat mihi! Ponieważ: „Na widnokręgu myśli zaokrąglonym milczeniem i melancholią, dnieje” (tamże).

Pokora jako sztuka posłuszeństwa woli Bożej

Pokora nie narzuca Bogu swojego scenariusza na życie: albo mistyk albo nikt. Odnośnie kształtowania w sobie postawy pokory należy uwzględnić sposób podejścia do Boga. Może się bowiem zdarzyć, że dana osoba próbuje narzucić Bogu swoją wizję życia, nawet bardzo uduchowioną. Ktoś może bowiem sugerować, że albo chce być mistykiem, albo go chrześcijaństwo nie interesuje. Jednak wobec takich osób Święta proponuje coś innego. Najpierw zachęca, aby swoje życie duchowe potraktowali jako grę w szachy, w której chce się dać mata. Ale czy się da, to inna sprawa. Niemniej do życia opartego na modlitwie należy podejść z rozwagą podobną do gry w szachy (por. D 16) i dlatego ustawia w odpowiedni sposób figury.

Podejmując życie modlitwy, jako rodzaj świadomego życia chrześcijańskiego, człowiek musi rozróżnić, że co innego jest obdarowanie doświadczeniem mistycznym, a co innego jest dążenie do realizacji powołania do zjednoczenia. Stąd Święta uwrażliwia, aby dążyć drogą taką, jakiej chce Pan dla danej osoby: „Tamte dusze, nie doznając słodkości na modlitwie, chodzą w pokorze, zawsze w obawie, czy to nie z ich winy, zawsze czujne i pilne w pracy nad sobą. Gdy ujrzą na modlitwie łzy w oczach drugich, zaraz się trapią i wyobrażają sobie, że kiedy ich oczy zawsze suche, więc snadź daleko za tamtymi pozostają w służbie Bożej; a może właśnie o wiele je przewyższają. Łzy bowiem, choć są dobre, nie zawsze są dowodem wewnętrznej doskonałości. Pokora zaś, umartwienie, zaparcie siebie i inne cnoty więcej mają pewności. Trzymając się tego, nie bójcie się, byście nie miały dojść do doskonałości na równi z najbardziej kontemplatywnymi” (D 17,4).

Stąd nie ma sensu porównywać się z innymi, gdyż każdy ma swoją drogę krzyża: „Ci, co idą drogą życia czynnego, gdy ujrzą jaki objaw łask nadzwyczajnych u dusz kontemplacyjnych na chwilę im użyczonych, sądzą, że życie ich składa się z samych tylko rozkoszy duchowych. Otóż powiadam wam, że gdyby wam przyszło jeden dzień tylko cierpieć to, co one wciąż cierpią, nie wytrzymałybyście. Ale Pan, jako zna każdego z nas takim, jakim jest, więc każdemu przeznacza takie zajęcie, jakie najlepiej odpowiada potrzebom jego duszy, chwale Bożej i pożytkowi bliźnich. I jeśli jeno my czynimy co możemy, nie bójmy się, by trud nasz był daremny. Zrozumiejcie to dobrze, że wszystkie powinnyśmy się o to starać, bo po to tu jesteśmy. Nie rok jeden, nie dziesięć ma trwać ta usilność nasza, ale póki starczy życia. Niech więc nie będzie takiego dnia ani chwili, byśmy kiedy przez małoduszność ręce opuściły, ale niech każdej chwili Pan widzi, że, ile z nas jest, jesteśmy gotowe. Bądźmy jak dzielni żołnierze, którzy choć po długich trudach, zawsze są w pogotowiu na każdy rozkaz wodza, wiedząc, że jakiekolwiek wyznaczy im stanowisko, żołd zasłużony ich nie minie. A jakże nieskończenie większą zapłatę daje nasz Król niż królowie ziemscy! Wódz niebieski zna nas wszystkich i każdemu wskazuje placówkę według jego zdolności, ale potrzeba, byśmy byli gotowi, inaczej ominie nas zaszczytne wezwanie” (D 18,3-4).

Pokora lub tchórzostwo

Dla wielu osób temat pokory jest nie do przyjęcia, kojarzy się czymś trudnym. Jednak brak pokory może oznaczać zwyczajne tchórzostwo przed łaską, przed otwarciem na prawdę o swoim życiu i otwarciem na obdarowanie. „Tchórz boi się łaski. Zatrzaskuje drzwi przed jej burzą. Boi się jej piękna wzywającego do zmiany życia, czyli do paschy. Piękno odrzucone boli go w sumieniu, które nie przestaje strzec jego serca, ale on, nie mając odwagi zawierzyć się innej osobie, nikogo o nic nie prosi i nikomu nic nie daje. Na każdy dar patrzy tak, jakby to był koń trojański. Tchórz nie umie odróżnić pułapki od daru. Dlatego jest tchórzem.

Tchórzostwo przed łaską, paraliżuje wiarę, nadzieję i miłość. Paraliżuje wolność. Tchórz nie ma do kogo iść, bo nie szuka drogi do nikogo. Z tego powodu nie umie rządzić sobą. On tylko reaguje na bodźce. Poddaje się tym, którzy dysponują nimi. Idzie więc byle gdzie i do byle kogo. Platon musiał być bardzo świadom niebezpieczeństw, na jakie wystawia człowieka lęk przed darem, skoro radził obywatelom, żeby nauczyli się modlić: „Państwo, i każdy z nas z osobna modlić się powinien i do tego dążyć, żeby rozum miał”. Tchórz nie ma odwagi prosić Boga o rozum wiary, nadziei i miłości, czyli o rozum wolności” (Stanisław Grygiel, tamże, s. 77).

Na czym ostatecznie polega w praktyce uczenie się pokory jako chodzenia w prawdzie? Tym, co dopełnia wszystkie wyżej podane wskazania jest troska o odnajdywanie woli Bożej i podejmowanie jej w ramach posłuszeństwa. „Na tym bowiem zasadza się postęp w cnocie i w pokorze; na tym polega bezpieczna ufność, którą dobrze jest nam, ludziom śmiertelnym, w sobie zachowywać, dopóki żyjemy na tej ziemi, byśmy nie zbłądzili z drogi wiodącej do nieba. Tu znajduje się on pokój tak pożądany dla duszy pragnącej spodobać się Bogu” (F, Prol.1).

 

[W tekście redakcja zastosowała “krakowskie” tłumaczenie dzieł św. Teresy od Jezusa.]

Design by Premium templates in association with Free Joomla 2.5 templates