Rozważania na XXVII Niedzielę Zwykłą - 07.10.2018

 

 

    Fragment książki Eremity - "Wprowadzenie do modlitwy  mistycznej" - wydanej przez  Wydawnictwo eSPe - 2011   

  

MIŁOSNY SPÓR I KONTEMPLACJA 

 

Jakaż to rozkosz wówczas pomiędzy obojgiem!

Nikt o drugim nie wie tego,
co się między nimi dokonuje[...]
- jest to niebiańska miłość Boża.

Mechtylda z Magdeburga

 


KTO AKCEPTUJE CIEMNĄ NOC

To nie jest mówienie i zaprzeczanie,,
kiedy opiewam
mroczne światło, jakim jesteś:
Odmiennością ciążącą
w najgłębszej części nas...
A im bardziej zbliża się dzień,
tym bardziej noc gęstnieje
Litości błagam za każdą myśl.



  Mogło się zdarzyć, że w przeszłości w sposób impulsywny i niecierpliwy próbowaliśmy zmienić się na lepsze, rzucając się w wir zajadłej wojny z naszymi wadami. Jednakże bardzo szybko zorientowaliśmy się, że początek walk był pośpieszny i że postępowaliśmy nieroztropnie: mieliśmy niewiele odpowiedniej broni czy dobrej woli i zwycięstwo nie nastąpiło.
  Zazwyczaj dzieje się tak z jednego powodu: chcemy walczyć niczym dumni wojownicy, nie zwracając uwagi na naszą próżność. Innymi słowy, być może nawet zrozumieliśmy, że choroba drąży nie tylko to, co widoczne, ale również nasze ukryte korzenie; nie kopaliśmy jednak wystarczająco głęboko, aby je obnażyć. Trochę ze wstydu (zakażone korzenie śmierdzą zgnilizną), trochę dla tego, że potrzebna jest do tego cierpliwość świętego, której nie mamy, trochę dlatego, że nasza motyka nie jest solidna, a trochę dlatego, że za bardzo zmęczyliśmy się i zadajemy motyką ciosy w próżnię itd.
Ostrzegałem już, że nie należy się zniechęcać, ale nie ma też potrzeby, aby dalej dumnie walczyć, zgrywając bohatera.
  Taką postawę przyjmowali obłudni uczeni w Piśmie i faryzeusze, o których mówi się w Ewangelii.
  Teraz proszę o uwagę. Uczeni w Piśmie i faryzeusze reprezentują dwie kategorie osób istniejących również dzisiaj. Pierwsi to osoby wykształcone i cyniczne, zaś drudzy - pobożne i nazbyt rygorystyczne. Jedni i drudzy do dzisiaj proszą: "Panie Jezu, pięknie przemawiasz, ale my chcielibyśmy, abyś pokazał jakiś znak Twojej potęgi!" (por. Mt 12,38-41; 16,1; Łk 11,16; J 6,30).
  Nikt z tych ludzi nie wierzy naprawdę, w przeciwnym razie zobaczyłby już tysiące znaków!
  Najgorszą pokusą dla wielu osób jest chęć sprowadzenia Boga do ludzkiego pragnienia widzenia i dotykania, aby uzyskać z Nieba uspokajające pewniki dotyczące władzy niewidzialnego Stwórcy lub własnej przyszłości. Och, jak chętnie ci ludzie by wówczas uwierzyli!
  Jezus odpowiedział im tak samo, jak odpowiada i nam dzisiaj: "Plemię przewrotne i wiarołomne!".
  Właśnie sceptycy, nie wierząc, że Chrystus był naprawdę Tym, za kogo się podawał, odsuwają swoje serce od Boga i - nie znosząc wynikającej z tego pustki - wybierają innych bogów, których można widzieć i dotknąć.
  Bałwochwalstwo rozpowszechniło się dzisiaj w sposób tak przerażający, że skaziło zarówno życie obywatelskie i świeckie, jak i konsekrowane. Nawet pokolenie tak zepsute i zdradzieckie jak nasze prosi Boga o dowody zgodne z kryteriami racjonalizmu i władzy ziemskiej.
  W obliczu takiej zatwardziałości serca odpowiedź Chrystusa jest zawsze taka sama: "Żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku proroka Jonasza" (Mt 12,39).
Co to za znak?
  To znak śmierci proroka, jego pogrzebania w ciemnych trzewiach olbrzymiej ryby, symbolu świata. Zapowiada to ofiarę Jezusa, będącą chwałą w oczach Ojca niebieskiego. Ofiara - jak mówiliśmy - jest jedyną drogą, przez którą dochodzimy do Boga: wówczas Pan objawia się w nas niczym błyskawica. Ofiara lub męczeństwo, czekające nas za rogiem życia, to w języku biblijnym wnętrzności morskiego potwora. Średniowieczni mistycy porównywali je do ciemnej nocy zmysłów, mówiąc o tym jednak z szacunkiem i podziwem.
Wytłumaczmy to lepiej.
  Nasza dusza, od tak dawna pogrążona w ziemskich marnościach i grzechu, sama stała się grzeszna. Pojmuje i smakuje tylko to, co jest odczuwalne za pomocą zmysłów, i zapomina, że sama jest duchem. Już św. Bazyli (zm. 379) pisał w swojej Regule: "A wymaga to niebywałej walki, by pokonać własne przyzwyczajenia, gdyż nawyk utrwalony przez dłuższy czas nabywa siły naturalnej skłonności".
  Należy zatem poddać się procesowi wyzwolenia z alienacji: z niedojrzałych związków, przesądów, zarozumiałości, żądzy sukcesu itd. Dusza musi być oczyszczona, aby mogła zwrócić się ku Bogu, a oczyszczenie zawsze jest bolesne. Musimy zostać wrzuceni do tygla, gdzie wszystko, co niepotrzebna, niczym żużel wypłynie na powierzchnię. Trzeba pozostać w tym tyglu, dopóki wszystkie nieczystości nie zostaną usunięte i nie wyłoni się spod nich złoto pokory. Jest to tak zwana droga oczyszczenia.
  Miłość Boża, aby mogła jednoczyć, musi przede wszystkim rozdzielać! To wszystko, co jest jej przeciwne, musi wyparować, począwszy od tego, co błyszczy i uwodzi. Ten tygiel i owo rozdzielenie noszą nazwę ciemnych nocy zmysłów albo bardziej powszechnie - krzyży.
Krzyż jest cennym darem, składanym przez Boga tym, których On kocha; z kolei krzyż przez nas zaakceptowany przynosi nam w darze Boga (por. Hbr 12,5-11).
  Tutaj możemy popełnić tylko jeden, ale fatalny w skutkach błąd: jednego dnia oddać się Bogu, a następnego odebrać Mu swoją dyspozycyjność (i tak przecież iluzoryczną). Oddać się Bogu, aby nas mógł pogłaskać, obdarzając łaskami, a uciec przed ofiarą, zobaczywszy krzyż. Obawa jednak mnoży krzyże, zaś niesienie krzyża w pełnym ufności zjednoczeniu z Jezusem, z prośbą, aby pozwolił nam go pokochać, ugasza cierpienie.
  Święty proboszcz z Ars mówił, że gdybyśmy mogli spędzić osiem dni w niebie, zrozumielibyśmy wartość krzyży i po powrocie na ziemię nie znaleźlibyśmy żadnego dość ciężkiego, aby - dźwigając go - zaskarbić sobie niebieską szczęśliwość. Kiedy św. Gemmie Galgani (zm. 1903) zdarzały się wieczory bez żadnych cierpień, które mogła ofiarować Jezusowi, czuła się zawiedziona i nieszczęśliwa. Kiedy przyjdzie na nas godzina sądu, będziemy szczęśliwi tylko z powodu naszych nieszczęść, dumni z poniesionych upokorzeń i wzbogaceni jedynie naszymi ofiarami.
  Czcimy obrazy świętych, a przecież byli oni upokarzani aż do głębi swych dusz! Bóg wymierzał im haniebne policzki i zsyłał na nich ciemne noce, które czyniły ich obojętnymi wobec wszystkich zaszczytów świata.
  Gdybyśmy dobrze pojmowali nasze duchowe interesy, uważalibyśmy krzyże za korzyść, za narzędzie poddające miłość własną katuszom. Adam mieszkał w ogrodzie rozkoszy, w Edenie.
  Pośród tych rozkoszy zniszczył siebie i całe swe potomstwo. Jezus udał się do ogrodu męki, do Getsemani, i swym cierpieniem ocalił wszystkich.
  Prawie zawsze kiedy pojawia się krzyż, zapewniamy o naszej niewinności. W danym przypadku rzeczywiście możemy być niewinni, ale ile popełniliśmy w przeszłości win, które pozostały bez kary? Gdybyśmy dobrze je osądzili, wiedzielibyśmy, że zasługujemy na o wiele większą pogardę i hańbę! A przecież Bóg zsyła nam w darze tyle nocy, ile jest stopni Jego tronu, które powinniśmy przejść zgodnie z Jego wolą, aby On mógł nas objąć (por. Ap 3,19-21). Taki jest owoc drogi oczyszczenia.
  Nie jest to żadna okrutna gra. Przeciwnie, jest ona dla nas korzystna, bowiem wszystko, co wydaje się bezpowrotnie stracone, ostatecznie zostaje w niej zdobyte. To, co miało powalać, otwiera w naszym sercu okno na wschód: przeszkoda staje się środkiem, a z męki powstaje życie. Oto kilka przykładów...
  Posłuchajmy ostrzeżenia, które błogosławiony brat Suzon (Heinrich Seuse, zm. 1366) otrzymał po jutrzni:

  "Teraz pragnę wyrwać cię z siebie samego i bezbronnego wrzucić w obce dłonie, które będą cię uderzać. Będą to czynić tylko w takim stopniu, w jakim im na to pozwolę, ale będą ci się wydawać dłońmi bezlitosnymi. Będziesz się przyglądał rozpadowi własnej reputacji, będziesz wydany na pastwę i pogardę zaślepionych ludzi i będziesz cierpiał przez to bardziej niż z powodu ukłuć twojej włosiennicy[...]. Do tej pory byłeś niczym rozpieszczone dziecko, pływałeś w słodyczy nieba niczym ryba w morzu. Teraz chcę cię stąd wyrwać, chce cię tego pozbawić i pragnę, abyś cierpiał z powodu tej straty; chcę, abyś poczuł się porzucony przez Boga i przez ludzi".

  Wkrótce potem, brat Henryk został odsunięty od nauczania na uniwersytecie w Konstancji za obronę doktryny swojego nauczyciela, Mistrza Eckharta (zm. 1374), i z powodu innego, fałszywego oskarżenia. Był to początek jego cierpień, ale również drogi zjednoczenia z Bogiem, prowadzącej przez kontemplację cierpiącego Jezusa. Do dzisiaj brat Suzon stanowi jeden z filarów niemieckiej mistyki.
  Mógłbym przytoczyć inne słynne przykłady ciemnych nocy: św. Alfons de Liguori (zm. 1787) w ostatnich latach życia został oskarżony przed papieżem i opinią publiczną przez swoich dwóch współbraci. Najlepsi przyjaciele odwrócili się od niego plecami. Został skazany, pozbawiony funkcji przełożonego generalnego i wykluczony ze swojego nowo utworzonego instytutu zakonnego. 
  Również św. Józef Kalasancjusz był prześladowany. Świętego Bazylego oskarżono o herezję przed papieżem Damazym. Święty Cyryl z Aleksandrii został skazany za herezję przez radę czterdziestu biskupów i odebrano mu tytuł biskupi. Świętego Franciszka Salezego oskarżano o nielegalny związek z kobietą, dopóki nie potwierdzono jego niewinności. Naznaczony stygmatami św. Pio z Pietrelciny (zm. 1968) znosił nadużycia i niepojęte oszczerstwa ze strony wielu duchownych... Mógłbym tak wymieniać jeszcze długo...
Inni w takiej samej sytuacji bluźnią i uciekają się do słabych i niskich myśli. Uwaga! Razem z Chrystusem powieszono dwóch złodziei: to samo cierpienie jednego doprowadziło do świętości, drugiego - do zatwardziałości serca.
  Podobnych przypadków są tysiące, ale nie wolno ich odsłaniać. Spotkałyby nas tylko oszczerstwa.
  Powtarzam: kiedy Duch Boży pragnie objawić się z mocą w duszy, zazwyczaj zaczyna się dla niej ciemna noc, czyli jakaś oczyszczająca sytuacja, eliminująca wszystkie śmieci egoizmu. Owa noc jest straszliwa, otula zarówno zmysły cielesne, jak i władze umysłowe, przeprowadzając od środka całkowite oczyszczenie, którego my sami nie bylibyśmy w stanie wykonać na tak szeroką skalę.
  Moglibyśmy próbować oczyszczeń czynnych, czyli uzyskiwanych przez dobrowolne umartwienia: już powiedziałem, jakie jest moje zdanie na ten temat. Ciemna noc jest natomiast nazywana kontemplacją czy oczyszczeniem biernym, ponieważ kierują nią Bóg, a nie my. My jeszcze nie błagaliśmy szczerze o to Boskie słońce, które nakaże powstać naszemu sercu: będziemy o nie błagać podczas tego bolesnego doświadczenia lub po nim, i właśnie dlatego na razie jest ono nadal ciemne.
   Po przejściu granicy wewnętrznej ofiary dusza przechodzi przez wrota kontemplacji. Do tej pory zatrzymywała się przed nimi, bo nie pojmowała dobrze konieczności ich przekroczenia.
Po nocach zmysłów zaczynamy uznawać, że cokolwiek Bóg robi, wszystko robi dobrze. Dlatego będziemy prawdziwymi mędrcami, jeżeli pozwolimy, aby to On decydował, co jest szczęściem, a co nim nie jest. Musimy zatem błogosławić Jego imię, zarówno kiedy nasze rany krwawią, jak i kiedy ofiarowuje nam jakiś nieoczekiwany dar; zarówno kiedy jesteśmy w chlewie, jak i kiedy siedzimy w fotelu. Dokładnie jak Hiob.
  Naszą prawdziwą wiarę w dobroć Boga widać dopiero wówczas, kiedy On spopieli nasze plany dotyczące doskonałości, kiedy wystawia nas na oszczerstwa ślepców, kiedy uderza w nasze duchowe lenistwo. Te ciemne noce są wielkim błogosławieństwem,, bo uczą nas, że nieskończona miłość działa w naszym interesie, kiedy rozbija nas na kawałki; formuje nas; kiedy nas unicestwia; oświeca nas, kiedy nas oślepia. Niech nasza odpowiedź będzie tylko jedna: Chwała Tobie, o Panie!
  Nocy zmysłów nie należy pomylić z jakimiś ciemnościami spowodowanymi naszym dobrowolnym oddaleniem się od Boga. Ów mrok jest inny, wzbudza w nas urazę, niepokoje, depresję, wyzwalające w umyśle bałwochwalcze pragnienia i napięcia, a nierzadko i choroby psychiczne.
  Noc zmysłów jest natomiast nagłym szokiem odczuwalnym w sferze doświadczeń zmysłowych, tych najbardziej instynktownych, jak również tych nadmiernie dominujących - psychologicznych i emocjonalnych. Oznacza ona, mówiąc krótko, spokojne przyjęcie krzyża oraz powstrzymywanie się od wszelkich pragnień niebędących w zgodzie z planem Najwyższego.
  Owa noc z pewnością prowadzi do spotkania z Bogiem, który objawi się w naszym sercu, w tajemnicy zarówno przed naszą inteligencją oraz wolą, jak i przed naszą wyobraźnią. To noc, która przesłania tylko nasze pełne pychy pretensje, gdyż te domagają się jakiejkolwiek, nawet najdrobniejszej pochwały ze strony innych, uniemożliwiając nam kontemplację.
 Kiedy wreszcie zstępuje na nas owa błogosławiona ciemność, nie widzimy już pobłyskiwania świata, a w naszym sercu ma miejsce celebracja śmierci Jezusa. Im bardziej zgadzamy się na przejście przez tę ciemność, którą Chrystus sam przebył podczas swojej męki, tym bardziej jesteśmy z Nim utożsamieni i złączeni z Jego sercem. On, uciszając nasze próżne pożądliwości i pozwalając innym upokarzać naszą dumę, eliminuje z naszego serca to wszystko, co jest zbyteczne.
  Jeśli akceptujemy w ten sposób cierpienie, nasz dusza zostaje przeobrażona, staje się naga i przejrzysta niczym kryształ, wykracza poza pobożne medytacje i kontempluje tajemnice życia: w takim stanie jest zdolna zgodzić się na obecność Boga w sobie. "Wiemy też, że Bóg z tymi, którzy go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra" (Rz 8,28). To, co powierzchownie wydaje się złem, może być przebranym dobrem.
  Franciszek Salezy ostrzegał: "czym jest zatem owa reputacja, że tyle osób się jej poświęca? Ostatecznie jest cieniem, opinią, odrobiną dymu, sądem często tak fałszywym, że wielu dziwi się, iż chwali się ich za pewne cnoty, podczas gdy oni sami wiedzą, że mają przeciwne owym pochwałom wady. Pozwólmy im mówić, a sami miejmy oczy utkwione w Jezusie Chrystusie ukrzyżowanym. To On będzie obrońcą naszej sławy, a jeżeli pozwoli, aby nam ją odebrano, zrobi to albo po to, by oddać ją nam jeszcze większą, albo byśmy poczynili postępy w pokorze. Jedna tylko uncja pokory waży więcej niż tysiąc funtów zaszczytów".
  Nauczmy się zatem dziękować Panu również za krzyże, na przykład słowami takiej modlitwy:

O Panie,
nie podziękowałem Ci dosyć
za cierpienia z przeszłości!
Ośmielam się Ci powiedzieć, że stałem się 
arcydziełem pychy...
Dziękuję ci teraz
za trudności, które we mnie
zrodziły nowe energie,
za cienie, które uczyniły mnie pokornym,
za palące porażki,
które odsłoniły moje ograniczenia.
dziękuję za wczoraj i za jutro,
dziękuję za to życie, o Panie.

  Dusza, aby osiągnąć taki stan, "musi utracić samą siebie w pustce i ciemności, w których kroczą wszyscy kontemplujący w stanie biernej medytacji, i z tego powodu nigdy nie obiorą ponownie starej drogi. W otchłani owej ciemności, w której duch ludzki umarł dla siebie samego, rozpoczyna się objawienie Boga i samo życie wieczne. W tej bowiem ciemności rodzi się i rozbłyskuje światło niepojęte - Syn Boży, w którym możemy kontemplować życie wieczne: w tym świetle sami jesteśmy oświeceni".

  Ileż jest jeszcze w świecie chrześcijańskim zaszczytów, które lepiej by było odrzucić! A ileż osób zmarginalizowanych rozbłyśnie kiedyś niczym korony chwały! W niebie specjalne korony przyznaje się duszom, które praktykowały pokorę wyrzeczenia, przyjmując wiele ciemnych nocy.

 

Design by Premium templates in association with Free Joomla 2.5 templates