Zachować ducha modlitwy w działaniu. Na podstawie piątego rozdziału Księgi Fundacji

modlitwa a działanie

Poruszamy dylemat rozpisany pomiędzy modlitwą i działaniem. Rozpisany pomiędzy dwie skrajności. Jedną jest skrępowane skupienie. Inną jest chaotyczne działactwo. Karmel w pokonaniu tych skrajności ma coś do powiedzenia. A szczególnie ma w tym względzie do powiedzenia w oparciu naukę i doświadczenie św. Teresy od Jezusa. A jej nauka i doświadczenie w tym względzie zostało przekazane w Księdze fundacji.

Mogę zaznaczyć, że modlitwą jest osią całej tej księgi i poszczególnych rozdziałów. Zakładane bowiem domy służą prowadzeniu modlitwy i zakładane są w duchu modlitwy.

1. Na czym polega duch modlitwy

Najpierw postaram się przybliżyć myśl Teresy odnośnie ducha modlitwy. Co ona przez niego rozumiała. Otóż na początku 5 rozdziału pisze z całą swoją rozbrajającą pokorą:

„…stosownie do mojego biednego umysłu…chcę się zająć…jest to, w czym tkwi substancja doskonałej modlitwy, /czyli można powiedzieć duch/. Ponieważ natknęłam się na niektórych, którym wydaje się, że cała ta substancja modlitwy tkwi w myśleniu…a chciałabym dać zrozumieć, że dusza nie jest myśleniem, ani wola nie podlega jego rozkazom, co byłoby znacznym nieszczęściem. Wynika z tego, że pożytek duszy nie tkwi w tym, aby wiele myślała, ale w tym, aby wielce miłowała” (F 5,2).

Modlitwa ma ogólnie prowadzić do miłości, do wielkiej miłości Jezusa Chrystusa i do tego wszystkiego, co z tej miłości wynika. 

Należy więc skupić się przeto na zagrożeniach modlitwy, które są na przeszkodzie w jej właściwym otwieraniu się na jej ducha.

Pozostałość po grzechu pierworodnym, która w przypadku modlitwy przejawia się w tym, że człowiek skupia się na sobie, co gotów tłumaczyć, że służy to modlitwie. Pierwsze zagrożenie polega na tym, że człowiek skupia się na samym przeżyciu modlitwy, a drugie zagrożenie sprowadza się do tego, że człowiek pragnie skupić się na zabezpieczeniu sobie warunków modlitwy.

1.1. Przywiązanie do przeżycia

Swego czasu w środowisku karmelitańskim była dosyć popularna pieśń Marka Domagały, w której były m.in. takie słowa: „Miłość nie mówi kocham, miłość mówi ty i tylko ty”. Słowa te dobrze ilustrują nasz problem. Pozornie chodzi o miłość i o to, aby człowiek rozważał jak najwięcej o wielkości Boga, o Jego dobroci…pozornie chodzi o to, aby człowiek w tym, co czyni był autentyczny, szczery, a  przeżywanie ma to zapewnić.

Wydaje się więc, że miarą mojego życia duchowego jest to, co sam przeżywam. Jeśli moje życie modlitwy przynosi mi dużo satysfakcji, spokoju, pewnego napięcia, które mnie „kręci” i pozwala żyć na pewnej fali entuzjazmu, to wówczas wszystko jest dobrze.

Jednak Teresa nie dowierza czemuś takiemu. Kryterium przeżywania nie jest czymś pewnym. Może za tym kryć się miłość własna. Choć, oczywiście, może dana osoba doświadczać na modlitwie Boga, stąd te doznania, o których była mowa wyżej. I samo przeżycie czegoś takiego nie jest złe. Jednak problem zaczyna się wtedy, kiedy dana osoba próbuje to przeżycie absolutyzować albo na siłę się jakoś przy nim zatrzymać, albo do niego powracać.

Ocena Teresy jest jednoznaczna – jeśli dana osoba próbuje je zatrzymać, to czyni to na skutek miłości własnej, „która tu się odzywa, bardzo subtelnie. I dlatego trudniej jest rozpoznać, że wynika to z chęci zadowolenia bardziej nas samych niż Boga. Albowiem oczywistym jest, że po tym jak dusza zaczyna smakować „jak słodki jest Pan”, taka osoba ma większe upodobanie do pozostawania bezczynną, ciało bez trudzenia się, a dusza rozkoszująca się Jego darami” (F 5,4).

Również negatywnie ocenia Świętą postawę, przez którą dana osoba mając nadzieję, że powrót podobnych przeżyć, mówi Bogu, że jest gotowa na każdą rzecz, która jest dla Niego ważna, a nie chciałaby uczynić nic innego, jak tylko wpatrywać się w Niego, gdyż jest nastawiona bardziej na to, co jej się podoba.

„Śmieszny to sposób na drodze rozwijania się w miłości Boga. Jest to związywanie Mu rąk za pomocą przekonania, że On nie może przynieść nam pożytku inaczej, jak tylko na tej jednej drodze” (F 5,5).

Co więc może scalić życie modlitwy? Czy sama troska o modlitwę i jej przeżywanie? Czy raczej chodzi o inną troskę bardziej podstawową? Otóż taką podstawową troską jest zabieganie o to, aby być posłusznym. Posłusznym Woli Bożej.

1.2. Jak uniknąć niebezpiecznych pułapek

Idąc za Świętą warto przytoczyć podany przez nią przykład. Odnosi się do podwładnego, który przyjął zasadę, że nie odmówi żadnego polecenia, które w ciągu dnia poleci mu do wykonania przełożony. I zdarzył się dzień, w którym wydawało się, że wszystkie normy w posłuszeństwie zostały przekroczone, kiedy na koniec przełożony polecił mu iść do ogrodu z gracą…ale zachowując posłuszeństwo aż do końca został umocniony widzeniem Pana niosącego Krzyż. A wówczas uświadomił sobie, że to wszystko, co on przechodzi, to w porównaniu z Męką Pana jest niczym (F 5,9).

Czy da się to przełożyć na dzisiejsze problemy? Zwłaszcza na problemy osoby nie żyjącej w zakonie? Myślę, że tak. Otóż ten przykład ukazuje nam dwie podstawowe sprawy. Mówią, że wola Boża do nas dociera, czyli możliwe jest swoiste, ale bardzo realne połączenie z Bogiem. A po drugie, ujawnia się inna ważna sprawa, praca dobrze wykonana nie jest przeszkodą, jeżeli wypływa z posłuszeństwa. Jednak zacznijmy po kolei…

1.2.1. Czy wola Boża do nas dociera?

To pytanie, przeradzające się w niepokój, nabiera dziś szczególnego znaczenia. Odpowiadając na nie, należy wskazać dwie rzeczy.

Po pierwsze, kto nam tę wolę Bożą ma przekazywać? Otóż w ramach wspólnoty Kościoła tę wolę Bożą mają nam przekazywać przełożeni. Stąd powinno zaufać słowom Pana, który mówi: „Ten, kto was słucha, mnie słucha” (Łk 10,16).

W przypadku Świeckiego Zakonu pojawia się problem zakresu posłuszeństwa członka danej wspólnoty wobec przełożonej czy przełożonego? Wydaje mi się, że nie zawsze jest to łatwo określić i na tym tle rodzą się pewne napięcie, a sama sprawa jest bardzo poważna.

Po drugie, jak odczytać w sobie ten głos pochodzący od Boga przez przełożonych? Nie jest to rzecz łatwa. Ale ona musi dokonać się w danej osobie i nie może dokonać się jakiś swoisty gwałt na osobie.

To przyjęcie woli Bożej przychodzącej przez tę osobę, która Go reprezentuje, musi być przyjęte przez wolę danej osoby. Wola podporządkowuje się umysłowi, który przyjmuje światło wiary, czyli, że to, co osoba reprezentująca Boga przekazuje jest wolą Boga. Ta uległość woli umysłowi oświeconemu wiarą dokonuje się w pewnym napięciu, w pewnym zmaganiu, ponieważ oprócz umysłu jest jeszcze i rozum, który podsuwa swoje racje. Tzw. rozum kalkulacyjny, rozum broniący interesów danej osoby. Tenże rozum może podsuwać racje wynikające ze zmysłowości, czy ze sfery psychofizycznej: trzeba troszczyć się zdrowie, trzeba troszczyć się o poczucie własnej godności…Oprócz tego i demon podrzuca swoje racje rozumowi, które są zwykle bardzo wyrafinowane i bazujące albo na lęku, albo na marzeniach.

Nie należy zapominać, że i świat podsuwa kolejne racje, które kierują się dobrem ogólnym, skłaniają do tego, aby szukać dobra szarego człowieka, czy tzw. realnego dobra tego świata.

Możemy to niejako podsumować stwierdzeniem Świętej:

„Byłoby tutaj tak wiele do powiedzenia – że nigdy nie skończyłybyśmy – o tej batalii wewnętrznej, oraz o tym, jak wiele racji wzbudza demon i świat oraz nasza zmysłowość dla spowodowania wypaczenia naszego rozumu” (F 5,12).

Nie można lekceważyć faktu, że oparcie się na posłuszeństwie woli Bożej kosztuje wiele zmagań. Ostatecznie dana osoba ma możliwość dokonania wolnego wyboru, oparcia się na działaniu umysłu otwierającego na zaufanie Panu, który mówi: „Ten, kto was słucha, mnie słucha” i przestanie troszczyć się o to, ku czemu skłania się jej wola.

1.2.2. Czy praca dobrze wykonana jest przeszkodą

Jeżeli substancją modlitwy jest podjęcie woli Bożej, to wówczas i każdy rodzaj pracy podjęty z posłuszeństwa nie staje na przeszkodzie zachowania ducha modlitwy, czyli na utrzymywaniu relacji z Jezusem. Stąd Święta zachęca: „niech nie pojawia się przygnębienie, gdy posłuszeństwo poprowadzi was poprzez zaangażowanie się w sprawy zewnętrzne. Uświadomijcie sobie, że jeśli nawet jest to w kuchni, pośród garnków, Pan nieustannie wspomaga was w tym, co wewnętrzne i w tym, co zewnętrzne.”

Czyli mówiąc o duchu modlitwy w pracach wszelkiego rodzaju warto odwołać się do wskazań niedoszłej karmelitanki bosej, Madeleine Delbrêl. Przywołamy fragment z jej książki Zaufać Bogu:

„Nie ma przypadkowego trudu, przypadkowa jest tylko nasza wola, która nie zawsze chce przyjąć swój trud, skąpi go, targuje się o niego, partaczy go. Bywa trud dobrze wykonany, jak bywa dobrze wykonana praca. Gdy wstajemy rano, czeka nas wykonanie naszego trudu, jak czeka nas wykonanie naszej pracy. A szczegóły tej pracy są przez Boga zamierzone, tak jak i zamierzone są przez Niego szczegóły tego trudu. (…) Trzeba bardzo kochać, aby nosić swój trud z elegancją, dobrze go nosić, jak się mówi o dobrym noszeniu ubrania. Kiedy ono nas nie krępuje, jest na nas robione, czujemy się w nim swobodnie. (…) Ten kult dla woli Boga w małych trudach ustrzeże nas od dwu błędów…szukania poza naszym zwykłym horyzontem sposobów odkupienia naszego świata potrzebującego zbawienia…drugi błąd popełniamy, gdy pozwolimy się oszukać zewnętrznemu aspektowi naszych czynów, gdy będziemy je oceniali biorąc pod uwagę ich rozciągłość i powierzchnię, zamiast najpierw przekonać się, że pod całą tą powierzchnią znajdują się korzenie woli Bożej i ocenić je wedle stężenia w nich trudu… My, tak łakomi nowin, tak pochopni w optymistycznym lub pesymistycznym ich komentowaniu, czy zastanawiamy się kiedy, niedokładne wykonanie małej cząstki naszego codziennego trudu, wzdraganie się przed rannym wstaniem, przed spożyciem niesmacznej potrawy, przed zdrętwieniem z zimna, ma większe znaczenie dla prawdziwej historii świata niż jakaś klęska czy zwycięstwo komentowane głosem fal radiowych”.

Można więc powiedzieć, że na ile żyjemy duchem modlitwy, to możemy stwierdzić w oparciu o nasze podejście do codziennych zadań, jako trudu, a te małe może najbardziej nas weryfikują.

2. Troska o życie skupione

Powyższe rozważania dotyczyły bardzo ważnej sprawy, jaką jest troska o wierność modlitwie, o sam akt modlitwy. I czy dla życia duchowego jest on najważniejszy, a wszystko inne jest tylko przeszkodą. Otóż potwierdzeniem dobrze przeżytej modlitwy jest dyspozycyjność na podjęcie w duchu posłuszeństwa innych obowiązków.

2.1. Nie mogę narażać się na okazje

Jednak pojawia się jeszcze inna sprawa, która może być wysuwana jako przeszkoda dla modlitwy. Otóż dana osoba może twierdzić, że nie może narażać się na tzw. okazje, że powinna prowadzić życie skupione, życie w samotności, aby nie ranić choćby Pana.

Może wydawać się dziwne, ale Święta nie za bardzo wierzy w takie motywacje.

„A z całą pewnością, ta przyczyna wydaje mi się bardziej przekonywającą racją dla pragnienia nie przestawania z nikim, niż ta racja dotycząca odczuwania wielkich przejawów czułości i smaków Boga” (F 5,14).

Czyli wydaje się, że danej osobie bardziej zależy na tzw. świętym spokoju pod pozorem zachowania ducha modlitwy lub życzenie, że dla prowadzenia modlitwy muszą być spełnione odpowiednie warunki, bo inaczej nie jest w stanie… A w ostateczności, za takimi postawami kryje się postawa wygody i trwania w źle pojętej pasywności duchowo polakierowanej.

Oczywiście, Święta zdaje sobie sprawę z tak zwanych okazji i sama narzeka, że nie spotkała spowiednika, który pomógłby jej uniknąć okazji (por. Ż 4,7) i zdaje sobie sprawę, jak okazje mogą być wykorzystane przez demona, gdyż w nich odwołuje się do skłonności naturalnej danej osoby (Ż 13,1). I nie dziwi, że Święta, świadoma tego, podczas pobytu na dworze księżnej Luizy de la Cerda (Ż 34,3), czuwała nad sobą, aby nie ulec pokusie bycia damą dworu, czy swoistą maskotką lub intrygującą kobietą na dworze wielkiej damy.

2.2. Regulamin życia

Nie chodzi więc o wystawianie się na okazję w sposób lekkomyślny. Należy określić sobie, czy przyjąć pewien regulamin życia uzależniony od sytuacji życiowej. Jan Budziaszek mówi o potrzebie ustalenia sobie swoistego dekalogu, który powinien regulować różne wymiary naszego życia. Np. w ramach jego dekalogu na temat ewangelizacji ma zasadę, że w swoim środowisku artystycznym nie zaczyna od głoszenia o Jezusie, jeżeli najpierw go o to nie poproszą. Stara się bowiem najpierw, aby on został przyjęty jako człowiek i ten, na którym można polegać, choćby na odcinku pracy zawodowej. Wydaje się, że takie dekalogi warto sobie ustalać, aby nie być zdanym na niekontrolowaną dowolność. W owych regulaminach dana osoba wyznacza sobie pewien kierunek działania, aby pozostać w orbicie posłuszeństwa, kierowania się zasadą czystego sumienia i troski o dobro drugiej osoby.

Pewne swoiste regulaminy Święta przestrzegała w okresie podróży fundacyjnych, w sposobie nabywania domów itd. Na potwierdzenie warto przytoczyć jedną z jej wypowiedzi:

„I choć ja jestem nędzna i nielojalna, mówię to na Jego cześć i chwałę, i abyście cieszyły się [wiedząc] o tym, jak zostały ufundowane te Jego domy. Albowiem nigdy w czasie zakładania [tych domów], ani w żadnej sprawie, która spotkała mnie w związku z nimi, jeśli pojawiła by się myśl, że nie uporam się z tym, jak tylko wykoślawiając w czymś to przedsięwzięcie, w żaden sposób nie uczyniłabym tego, ani nie uczyniłam – mówię tu o tych fundacjach – w czym zdałbym sobie sprawę, że w najdrobniejszej rzeczy odcho­dzę od woli Pana, zgodnie z tym, co mi doradzali moi spowied­nicy (którymi zawsze byli, odkąd tym się zajmuję, wielcy teologo­wie i słudzy Boga, jak wiecie), ani – z tego, co pamiętam – nigdy nie pojawiała się we mnie myśl, aby uczynić inaczej” (F 27,15).

2.3. Uczenie się od życia – posłuszeństwo okolicznościom

Oprócz prób określenia regulaminu potrzeba liczyć się ze swoistym posłuszeństwem okolicznościom, które nie są zależne od nas, a w których trzeba żyć i zachować ducha modlitwy, czyli to, co decyduje o naszej wierności lub nie Jezusowi.

Najpierw przytoczmy przykład Świętej. Dotyczy zakonnika, który przez długie lata swojego życia zakonnego pełnił wiele ważnych posług związanych z zarządzaniem. I nie miał przez długie lata choćby jednego dnia dla siebie, a to pewnie oznacza i to, że nie zawsze miał czas na modlitwę. Jednak starał się, aby każdą wolną chwilę wykorzystać na modlitwę i we wszystkim zachować czyste sumienie. Co prawda, nie mógł się pochwalić darami modlitwy mistycznej, to jednak był osobą skłonną do posłuszeństwa i co ważne, miał wolność ducha, co oznacza, że nie był przywiązany do swoich dzieł (por. F 5,7). Ogólnie można powiedzieć, że życie tej osoby upłynęło na trwaniu w posłuszeństwie i podejmowaniu z czystym sumieniem dzieł bezinteresownej miłości wobec drugich. Przykład ten mówi o ogólnej zasadzie, jaką ta osoba zastosowała wobec swojego życia. Chodzi tu o osobę zakonną, chodzi przy tym o osobę, która spełniała posługę przełożonego.

W każdym razie może być wiele rzeczy niesprzyjających, choćby te wszystkie sprawy, które powodują, że danej osobie towarzyszy zmęczenie czy pokonywanie swojej słabości czy różnych ograniczeń. Św. Teresa wskazuje na zmęczenie jako jeden z elementów, który najbardziej jej w fundacjach towarzyszył:

„Widziałyście już, córki, że [trzeba było] przejść pewne trudy. Jakkolwiek są­dzę, że te, które opisałam były najmniejszymi z nich. Gdybym bowiem miała powiedzieć co w nich było nieodłącznym elementem, to było nim wielkie umęczenie, za­równo z powodu podróży, pośród deszczy i śnieżyc oraz gubiąc drogę, a przede wszystkim bardzo często przy tak słabym zdrowiu, że niekiedy przydarzało mi się – nie wiem, czy o tym powiedziałam – to, co miało miejsce podczas pierwszego dnia, gdy wyruszyłyśmy z Malagón do Beas, kiedy to udawałam się w drogę z gorączką i tak wieloma dolegliwościami jednocześnie, że myśląc o [drodze], którą miałam do przebycia i widząc siebie w takim stanie, przypomniał mi się nasz Ojciec Eliasz, gdy ucie­kał przed Izebel i mówiłam: „Panie, czyż ja mam dość siły, aby to ścier­pieć? Weź to pod uwagę!”. Prawdą jest, że – ponieważ Jego Majestat widział mnie tak słabą – w jednej chwili uwolnił mnie od gorączki i tych dolegliwości” (F 27,17).

Oczywiście nie zawsze musi taka interwencja ze strony Pana nastąpić, ale pomimo to, Święta trwała przy tym, czego się podjęła.

„A gdy tego nie czyni, lepszym będzie znoszenie bolesnych doświadczeń dla [dobra] naszej duszy, i z oczyma utkwionymi w Jego cześć i chwałę zapomnieć o nas samych. Na cóż jest to życie i zdrowie, jeśli nie po to, aby stracić je ze względu na tak wielkiego Króla i Pana? Wierzcie mi, córki, że podążając tą [drogą], nigdy źle na tym nie wyjdziecie” (F 28,18).

3. Czas oczekiwania na paruzję

Nie chciałbym tutaj wchodzić w temat, który obecnie jest w różny sposób ukazywany. Ale warto przytoczyć jedną z charakterystycznych wypowiedzi Świętej, którą mamy w 5 rozdziale Księgi Fundacji, stanowiącym w naszych rozważaniach główny punkt odniesienia:

„Rzeczą nie do zniesienia byłoby, gdyby jedynie w cichych zakątkach można było zwracać się [ku Tobie w akcie] modlitwy. Ja już przekonałam się, że być może nie będzie to dane przez wiele godzin, ale – och, Panie mój – jakąż siłę ma wobec Ciebie jedno westchnienie wypływające z wnętrza, [rodzące się] z udręki, gdy widzimy, że nie dość, iż pozostajemy na tym wy­gnaniu, to jeszcze nie dają nam sposobności do tego, abyśmy mogli pozosta­wać sam na sam ciesząc się [doświadczaniem] Ciebie!” (F 5,16). 

Może w tym tekście wyrażenie: „nie dość, iż pozostajemy na tym wygnaniu…” nie zwraca większej uwagi, ale za tymi słowami kryje się ważna postawa Świętej w kontekście patrzenia na czas i swojego miejsca na ziemi. Ma ona świadomość wygnania, ma świadomość przebywania a jej myślenie jest osadzone w myśleniu pierwszych chrześcijan, wyrażonym choćby przez św. Piotra: „Jeżeli bowiem Ojcem nazywacie Tego, który bez względu na osoby sądzi według uczynków każdego, to w bojaźni spędzajcie czas swojego pobytu na obczyźnie” (1 P 1,17). Teresa nie uważa siebie za osobę, która chce zamieszkiwać ten świat, jako jego obywatelka.

Święta jako przebywająca na tej ziemi zdaje sobie sprawę, że wartość jej modlitwy i działalności zachowuje swój sens i trwałość, o ile są podejmowane w duchu posłuszeństwa i o ile towarzyszy temu świadomość „przebywającego” na obczyźnie w otwarciu na przyjście Pana.

Zakończenie

Duch modlitwy a działanie niesie w sobie napięcia. Natomiast rozwiązywanie tego problemu wymaga ciągłej czujności i uwagi, aby broniąc modlitwy i ducha skupienia nie zatrzymać się na sobie i zamknąć się we własnym przeżywaniu a zarazem, aby przez źle pojętą działalność, nie nabywać świadomości obywatela tego świata, który nie czeka na przyjście Chrystusa, ale sądzi, że swoją działalnością ubarwioną po chrześcijańsku obroni świat przed chaosem.

o. Wojciech Ciak Żyć Karmelem w świecie nr 69 (marzec 2012)

fot. pixabay.com

Udostępnij:FacebookTwitter